• Wpisów:12
  • Średnio co: 150 dni
  • Ostatni wpis:5 lata temu, 09:58
  • Licznik odwiedzin:2 612 / 1957 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Weszłam do szkoły, poczym jak zwykle podeszłam do szkolnej szafki. Wyjmując książki, usłyszałam dziwne głosy zza pleców.
- Kate, Kate!!! – krzyczała Zoey, gwałtownie mnie odwracając. – Wierzę ci – wysapała zdyszana. – Wierzę –wypowiadając te słowa, na jej twarzy pojawił się nieoczekiwany uśmiech.
- Super – tylko to byłam wstanie, wydusić zszokowana. Nie pytałam o więcej. Nie musiałam. – A jak twoje eliminacje do drużyny sportowej? – przypomniałam sobie nagle.
- Było dosyć trudno, ale… teraz będzie co uczcić! Dostałam się! – odpowiedziawszy to, na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
- Serio?! Genialnie! – Mówiąc to, mocno przytuliłam Zoey. Przynajmniej ona ma jakąś pasje. A ja nie mam zamiaru jej w tym przeszkadzać, co najmniej będę ją wspierać.
- A masz może jakieś plany na dziś? – spytała z nadzieją Zoey.
- Nie, skąd…
W jej oczach pojawiły się małe iskry.
- To może bym do ciebie wpadła, i przy okazji coś wykombinujemy razem z tą dziwną księg…
- Hej, Kate! – wyrwała nagle Clove. Clove to jedna z tych tak zwanych „ ekologicznych dziewczyn” – znaczy, że ubóstwia ochronę środowiska, co jest zdziebłko dziwaczne. Ma krótkie czarne włosy i perłowo – zielone oczy. – Masz jakieś plany na dziś?
- Ja… ja… - jąkałam nie wiedząc co powiedzieć. Zresztą po minie Zoey też można było się domyśleć, że Clove nie wybrała sobie dobrego momentu. Stała wbita w ziemię, a na jej twarzy malował się wyraz wzburzenia, wyrwania z równowagi. To był jej czas. Wykrzywiła usta i z pogardą w oczach spoglądała co chwilę na mnie, co na Clove.
- To fajnie – powiedziała Clove, choć wcale nie udzieliłam jej odpowiedzi. – Jadę dziś do wesołego miasteczka, no i tata kazał mi zabrać jakąś koleżankę żebym się nie nudziła, więc… Będziemy po ciebie około godziny szóstej – to mówiąc uśmiechnęła się szelmowsko i posłała Zoey złowrogie spojrzenie. Jak ona może?! Nigdzie z nią nie jadę, a szczególnie do takiej wiochy dla siedmiolatków, jak wesołe miasteczko! Mam tego dość! Nie będzie za mnie podejmować decyzji. Nie będę się z nią upokarzać na jakiejś kolejeczce, tylko dlatego, że nie chce być sama. Spojrzałam na Zoey – nic nie odpowiedziała, a jednocześnie dusiła w sobie nagły śmiech z tej sytuacji.
- Zoey
Zmarszczyłam brwi. Jednak za nim, jeszcze cokolwiek zdążyłyśmy do siebie powiedzieć zadzwonił dzwonek. Rozstaliśmy się krótkim pożegnaniem i ruszyłyśmy do swoich klas. Po drodze napotkałam się, jednak na kogoś na kogo nikt nie chciałby się napotkać – a mianowicie Carmen.
- Co tam sieroto, Niall nadal ci się podoba?! – Wymawiając te słowa zaśmiała się cierpko.
Rozejrzałam się dookoła, czy przypadkiem nigdzie nie stoi.
- Lepiej uważaj… - dodała oschle. – Jeśli jeszcze raz zobaczę, jak się na ciebie popatrzy albo będziecie razem, będziesz miała nieźle przechlapane w tej szkole. To będzie twój nieszczęśliwy koniec Kate… słyszysz?! Trzymaj się od niego z daleka!
Zarzuciła włosami, poczym oddaliła się ze swoim klubikiem „wielbicielek”. Pfff… Już się ciebie nie boję Carmen… no dobra, może troszkę, ale nie potrzebuję żeby wielbiła mnie cała szkoła. Wystarczy mi tylko Zoey i Niall. Chyba pomyliłaś adresy… spadaj! Przypomniałam sobie księgę. Jeśli ona nie kłamie Carmen z pewnością byłaby takim „onyksem”. Z niechęcią weszłam do klasy. Carmen, jak zwykle próbuje rozwiać wszystkie złudzenia. Wzbudzić we mnie lęk, przed jej postacią. Przełknęłam ślinę. Czuję dziwną bezradność co do Carmen, jednak nie zamierzam dać jej wygrać. Wokół jak zwykle krążył zatęchły zapach potu, ze zmieszanymi damskimi perfumami. Wciąż nie widzę Nialla. Podeszłam do grupki dziewczyn i zaczęłam udawać, że słucham, wkręcam się w rozmowę. Tymczasem gapiłam się w puste drzwi, czekając na Nialla. Skupiałam się, by wyczuć jego kroki, słodką osobowość, która aż promieniuję od jego osoby. Przytakiwałam jednak głową za każdym razem, gdy powiedziała coś jakaś dziewczyna, choć w ogóle nie miałam pojęcia o co chodzi. Teraz moim jedynym marzeniem, tak silnym i nieposkromionym było go znów zobaczyć i z nim porozmawiać. Zrobić na złość Carmen, a jednocześnie się jej nie narażać. Cała zdezorientowana nie wypuszczałam z rąk ulotnej nadziei.
- Gdzie jesteś?! – mruczałam cicho pod nosem. Moje oczy zaczęły tracić swój wyraz. Jednak nic nie było jeszcze stracone. Do klasy właśnie ktoś się zbliżał. Słychać było czyjeś kroki. Podniosłam głowę. Jeszcze raz spojrzałam. Poczułam woń jego słodkich perfum. Był gdzieś w pobliżu. Poprawiłam fryzurę, poczym jeszcze raz ubranie. W drzwiach nie sposób było nie dojrzeć miodowo – złotej grzywki, przecinającej powietrze. Szafirowe oczy nadały moim dawny blask. Niall. Przeszedł mnie dreszcz. Czułam jak moje serce biję, wyrywa się ku Niallowi. Nie mogę powstrzymać uśmiechu. Zaczęłam się zbliżać w jego kierunku, sama nie wiem już co robię. Zdaję się, że chciałam powiedzieć:
- Cześć Niall.
Jego wzrok przeszedł na mnie, a słodki uśmieszek zawitał na jego twarzy.
- Hej, wiesz gdzie jest pan Tomson… Miał być tu minutę temu, a ja chciałem z nim obgadać ważną sprawę – odpowiedziawszy, przymrużył brwi. Nie mogłam oderwać od niego wzroku. Był tak idealny, że z trudem dało skupić się na jego słowach. Niall uśmiechnął się pod nosem.
- Czemu się tak na mnie patrzysz? – spytał z pogodą ducha. Chwilowo wyrwałam się z jego hipnozy. Niezręczne uczucie przeszyło moje ciało.
- Ja… tylko… zazwyczaj patrzę się głęboko w oczy, osobom z którymi rozmawiam. Kwestia przyzwyczajenia – to mówiąc, odetchnęłam z ulgą. Jakoś wybrnęłam z tej sytuacji, choć zdaję się, że moje słowa nie były zbyt przemyślane, ale zawsze coś się dało. Niall przywołał mnie wzrokiem, poczym wciąż się uśmiechając dodał:
- Serio? Moim przyzwyczajeniem jest powiedzieć dziewczynie, że mi się podoba.
Zachichotałam cicho, poczym na chwilę spuściłam wzrok. Moje policzki stały się czerwone, rumiane, a oczy błyszczały. To była najmilsza rzecz jaką kiedykolwiek usłyszałam. Moje serce zaczęło szaleć, a umysł podpowiadał jedno słodkie słówko: „kocham cię Niall”.
- Jesteś zabawny – stwierdziłam z nieśmiałym uśmiechem cisnącym mi się na usta. Dołeczki w jego policzkach jeszcze bardziej się zagłębiały.
- A ty urocza.
Nie wierzę w to, co on właśnie powiedział. Co jego usta wymówiły z taką rozkoszą, że zaczęłam się rozpływać. Boże, czy ja wciąż śnię? Czuję się wniebowzięta, nasze oddechy, znów się łączą. Moje hormony buzują. Wnętrze daje silne znaki, uderza – mówi, że go kocha, tak mocno, że zapominam już o całym świecie, o wszystkim co straciłam i zyskałam. Chyba zaraz zemdleję, a najchętniej w jego objęciach. Zmysły wciąż delektują się tymi słowami. Nasze ręce powoli, ale skutecznie próbują się złączyć. Już prawie, jeszcze tylko trochę, by się zetknęły. Chwilowo zamykam oczy i zaciskam wargi. Już zaraz poczuję jego słodki dotyk… Gdy do klasy wszedł, szybkim krokiem roztargniony pan Tomson, co chwilę spoglądając z niecierpliwieniem na zegarek.
- Siadać proszę!
Wszyscy natychmiast się rozbiegli i czym prędzej usadowili się w ławkach. Z niechęcią oddaliłam się od Nialla. Nauczyciel usiadł przy biurku, a jego oczy aż kipiały, cały pulsował. Usiadłam na krześle, poczym rozejrzałam się po klasie – brakowało trzech osób… Nagle drzwi gwałtownie się otworzyły, przerywając mi domysły. Do klasy wbiegła Carmen razem ze swoim klubikiem „wielbicielek” – duży błąd. Pan Tomson prawie wybuchł, jego twarz aż cała nabrała czerwonego koloru – nie znosi spóźnialskich. Szczególnie, że sam, nawet nie był na czas i lekcja będzie miała opóźnienie. Jego oczy zabijały, sycząc ze złości. Był tak wściekły, że pewnie najchętniej powstawiałby każdemu pałę, bez wyjątków. Zdaję się, że zaraz zapyta się, gdzie były, a Carmen, jak zwykle wywinie się gadką o nagłym wypadku albo lekarzu. Choć wiadomo, że ten czas przekiblowała w łazience, nakładając tonę make- upu. Nie mogę uwierzyć w głupotę tych nauczycieli, jak oni mogą być tak naiwni. Jego włosy, aż się zjeżyły. Usta wygięły w odwróconą podkówkę. Nozdrza nerwowo wdychały zatęchłe powietrze. W jednej chwili zapadła niezręczna i rzadka cisza, którą po jakimś czasie przerwał pan Tomson.
- Czy można wiedzieć… gdzie to się panienki podziewały!!!? – wybuchnął, krzyknął tak przeraźliwie głośno, że zdaję się sąsiednia klasa z ścianą, chwilowo przerwała lekcję. W sumie, niech Carmen ma za swoje. Odwróciła wzrok na jedną z dziewczyn, a mianowicie Lily Loop – najgłupszą laskę, jaką w życiu widziałam i mrugnęła z nieprzyzwoitym uśmieszkiem. Ta przekazała to do Sindy – rozpieszczonej do granic możliwości, choć nie wiem, czy w ogóle zrozumiała o co im tam chodziło, pewnie po prostu będzie podlegać dyktatowi Carmen.
- Lily zdarzył się mały wypadek i poszłyśmy z nią do pielęgniarki.
Zmieszana Lily udawała, że wszystko jest tak, jak oczywiście mówi Carmen.
- No dobrze, a nie mogła pójść sama?! Zdaje mi się, że jesteście już wystarczająco duże...
Po prostu nie wytrzymam, Carmen co lekcję ma podobny tekst. To tak idiotyczne, że oni wciąż się na to nabierają.
Nie… - wyrwała Carmen, zaciskając wargi. – Lily boi się pielęgniarek.
No gorszej głupoty, to już nie da się wymyślić. Z tylnych ławek, dało się usłyszeć ciche śmiechy i cierpkie chichoty. Jednak na lodowaty wzrok Carmen wszyscy zdrętwieli.
- Żeby mi to było ostatni raz… Słyszycie?! Już i tak minęło dwadzieścia minut lekcji, więc z przykrością muszę wam wpisać jedynki, bo niedoinformowaliście nauczyciela. Jasne?!
- Jak słońce… - burknęła pod nosem Carmen, gdy tylko pan Tomson się odwrócił, poczym naburmuszyła się, jak małe dziecko. Choć osobiście uważam, że nie za bardzo zależy jej na ocenach, raczej byle, by zdać.
- Proszę zająć miejsca – nakazał im krótko pan Tomson. – Zaczynamy lekcję.
W obecności Carmen, trochę bałam się spojrzeć na Nialla, lecz czułam jego wzrok. Sama myśl o nim była rozkoszą. Uznałam, że będę się spotykać z Niallem z daleka od Carmen.
***
Po dzwonku na lekcję, szybkim krokiem wróciłam do domu. Ten dzień był jednym z najlepszych w moim życiu. Jego słowa, wciąż krążące w mojej pamięci, kojąco działały na rozwiane nerwy. Już chciałam położyć się na łóżku i zacząć rozmyślać, marzyć… gdy tak zwana „rzeczywistość” nakazała mi wrócić do świata „żywych”. Wciąż nic nie wiem o tej księdze. Pisało, że mam mało czasu, ale na co?! A poza tym, podobno jadę dziś do wesołego miasteczka… tyle rzeczy w jednym dniu. To fizyczno – psychiczne wykończenie, a zresztą nikt nie ma prawa zmusić mnie do wyjazdu w tamto miejsce. Ja mam zamiar umówić się z Zoey i obgadać tą sprawę z księgą, bo przecież nie załatwimy tego w szkole. Wypuściłam z trudem powietrze.
- Kate, co chcesz na obiad?! – z dołu dobiegł lekko zachrypły głos mamy.
Walnęłam się o obszerne łóżko, poczym podłożyłam sobie pod głowę małą poduszkę.
- Wystarczy zwykły schabowy z ziemniakami – odpowiedziałam leżąc. Moja niewiedza i bezsilność co do tego wszystkiego wprost mnie dobijała. Kotłowanina myśli nie daje spokoju mojemu umysłowi. Te życie w ciągłej tajemnicy mnie męczy. Westchnęłam głęboko, dając ujście powietrzu. Zeszłam do kuchni, gdzie krzątała się mama. Blaty były starannie przetarte, a szafki wypolerowane. Mama miała dużo roboty na ten dzień. Zgubiłam wzrok, poczym spojrzałam na nią niepewnie – jej ręce były zapracowane, delikatnie drgały z przemęczenia. Twarz zmęczona, blada. Jakiś smutek w trząsł moim zapłakanym sercem. Oczy miała zamglone, a powieki ciężko opadały. Farba wyblakła, ukazując brązowe odrosty. Cała twarz, jej codzienny wyraz zapadł w ponurą chłodność. Zaczęłam żałować, że nie mogłam jej dzisiaj pomóc. Chyba nie za bardzo wypełniam obowiązek wzorowej córki, jednak dziś znowu muszę wyjść. Znowu zostawię ją z tym wszystkim samą. Ten widok powoli wypełniał mnie niepokojem. Moje oczy zaczynają się szklić, gdy widzą do jakiego stanu doprowadziłam mamę. Kłócę się sama z sobą, lecz wiem, że nie wykręcę się od wyjścia z Clove, choć to wcale nie było moim wyborem. Nie wiem czego ona tak naprawdę ode mnie chce. Wzdycham, jeszcze raz, ale tym razem przez ramię spoglądam na bezradną mamę. Nie odzywam się ani słowa. Nie wiem co powiedzieć. Widzę, jak zbliża się do stołu, kładąc starannie przygotowany obiad dla mnie. To kolejny dzisiejszy wysiłek. Cicho podeszłam do posiłku, poczym zaczęłam w milczeniu pałaszować.
- Wychodzisz gdzieś dziś? – spytała mama, a na jednej ze strun zakręciła się mała, chwilowa nutka nadziei. Jednak na to, że nie wyjdę. Ale na pewno nie zapomnę, jak wciąż próbuję trzymać mnie w niewiedzy przed tym co jest w naszym domu, przed tym co pisze moje imię i wie co się ze mną dzieję. Czemu ona mi tego nie powie?! Zapomniała o tym?! Plącze się w jej słowach, moje serce odbiera to jako znak. Może dzisiaj mi chce to wyznać?
- Tak z Clove… - odpowiadam cicho, bo wiem, że zaraz mnie o coś zapyta, że będzie mieć jakieś wątpliwości.
- Z Clove? – dopytuje podejrzliwie, poczym z niedowierzaniem podnosi brwi. Wie, że coś jest nie tak. – Przecież ty jej nie lubisz…?
Przymrużyłam oczy, prosząc, aby nie chciała usłyszeć odpowiedzi.
- Ale… jednak… ona jest bardzo fajna… - zmyślam. Nie powiem jej przecież, że zostałam zmuszona do odwiedzenia wesołego miasteczka dla dzieci – to, by był kolejny kłopot i rzecz do wyjaśniania, a zdaję się, że już nie mam na to czasu. Mama zwiadowczo przeszyła mnie wzrokiem, poczym wróciła do swoich zajęć. Dźwięk, nagłego trąbienia, wywrócił mnie z równowagi. To ten moment, kiedy muszę jechać z Clove do wesołego miasteczka. Zaciskam wargi. Nie ma się co łudzić, to na pewno ona. Czy ona robi mi na złość, chyba nie ma powodu się mścić. Niby za co?! Odwracam głowę, lecz nie mam jak uciec. Czuję chłodny ucisk palców Clove na naszym dzwonku do drzwi. Mama podchodzi otworzyć, a ja szukam jakiegoś wyjścia z tej paranoi.
- Dzień dobry pani Jones, mam na imię Clove Jackson, czy jest może Kate? – zza przedsionka dobiegł, denerwujący głos Clove. Wzdrygam się. To krok do zadania mi bolesnego ciosu. Najpierw zagra, a potem dostanie brawa. Nikt się nie skapnie, że to była tylko przykrywka, by mnie wykończyć. Niech ona w końcu dorośnie! Nie wiem czy wyżywanie się na ludziach jest jedną z normalnych rzeczy. Czuję lodowaty powiew jej oddechu, zaraz po mnie przyjdzie, zamieni moje życie w piekło.
- Tak, zaraz ją zawołam.
Czuję na plecach zimny dreszcz, ona zaraz to zrobi… skaże mnie na męczarnie, o których nawet nie wie.
- Kate! Clove przyszła, pospiesz się!
Przełknęłam ślinę, poczym z trudem skierowałam się ku drzwiom, obok których stała Clove. Jej niewiarygodnie sztuczny uśmiech, wprawiał moje załamane sytuacją serce w zakłopotanie. Język wirował po podniebieniu, jakby odgarniał puchowy śnieg.
- Hej, Kate – zagadała żywiołowo. Jakby już zapomniała gdzie mnie wiezie, a przede wszystkim, że nie wyraziłam na to jakiejkolwiek zgody.
Wykrzywiłam usta, poczym boleśnie musiałam przerodzić to w uśmiech.
- Cześć.
Ubierałam satynowe trampki, spoglądając to na buty, to na mamę. Tylko nie na Clove.
Wpakowałyśmy się do jej obszernego samochodu, w którym od razu zaczął panować wesoły nastrój. Muzyka puszczona na ful, wyrywała mnie z rozmyśleń. Zdaję, że mieliśmy się jakoś, no nie wiem… bawić, ale chyba nie wszyscy byli zadowoleni… A szczególnie, że wiadomo było dokąd jedziemy, tam nawet mój cioteczny brat Manny, który ma osiem lat, powiedział, że to już zbyt dziecinne. Wpatrywałam się małą samochodową szybę, wchłaniając tereny, które mijaliśmy. Nie słyszałam już co do mnie mówi Clove, i nie miałam ochoty słuchać. Krajobraz zaczął przyćmiewać głośność muzyki. Może i dobrze bym się teraz bawiła, ale z Zoey, nie z Clove, na pewno nie w takim miejscu. Zamknęłam oczy. Pochłaniam ten świat, tysiąc widoków na minutę, uciekających za prędkością samochodu. Moje życie nie jest życiem należącym do Clove. Opony z piskiem hamowały, zatrzymując się przy wesołym miasteczku. Zerknęłam na duży szyld, przy którym widniał napis: Zapraszamy do wesołka, tutaj każdego malucha czeka mnóstwo zabawy! Myślałam, że zaraz wypuszczę powietrze. W co ja się w pakowałam!? Spojrzałam na Clove, zdaję się, że nie była aż tak zawiedziona, wręcz przeciwnie. Czy ona to mi robi na złość!? Czy tu są jakieś kamery?! Wyszłam z samochodu, cała roztrzęsiona – chyba zapowiada się na najgorszy wieczór w moim życiu. Clove zaczęła się sympatycznie uśmiechać, a jej twarz nabrała szczęśliwego wyrazu, wręcz sztucznego. Nie mogłam patrzeć, jak upaja się atrakcją dla maluchów. Zmarszczyłam brwi. Poczułam świeży powiew wiatru, na mej bladej twarzy. Zaczęłyśmy zbliżać się do wejścia. To koszmar, który będzie śnić mi się w każdą noc. Czuję łzy swoich myśli. Niepewnie stąpałam po ziemi. Zaraz… już dostrzegam co tam jest… Mijamy właśnie próg wesołego miasteczka. Czuję jak zalewa mnie krew. Wokół szalały, rozbrykane pięciolatki. Zamurowana rozejrzałam się po placu… Błyszcząca karuzela, dajmy na to, miejąca 160 cm. Dookoła oplatał mnie zapach potu. Niedaleko stał malutki basen, po którym pływały łódki w kształcie disnejowskich bohaterów. Byłam kompletnie rozbita tym widokiem, jeszcze bardziej zgar szał i pogłębiał mój ponury nastrój. Czułam, że zaraz wybuchnę, moje serce płakało.
Nagle poczułam zimny dotyk Clove, która, jak najszybciej porwała mnie w kierunku karuzeli. Myślałam, że zaraz zwymiotuję. Clove zagłębiała swój uśmiech, pokazując białe zęby. Niczym bestia, próbująca zdobyć swój cel, wpakowała nas do małej karuzeli. Moje wnętrze krzyczało, ta forma „zabawy” po prostu mnie rozkładała. Kazała mi usiąść na jednym z plastikowych koni, a sama spoczęła na jakimś psie. Karuzela ruszyła. Wokół rozwydrzone dzieci skakały z zachwytu, natomiast mi nie było do śmiechu. Moje palce skubią słaby naskórek. Serce dudni, rwie otchłań w której się pogrążam. Do gardła podchodzi mi płacz. Zamknęłam oczy, myśląc o domu. Jak ja chcę tam wrócić. Nie chcę czuć tego piekła. Tak bardzo tego pragnęłam, że aż mój umysł zatracał się w tej myśli. Poczułam, jak karuzela staje albo ja jestem w innej rzeczywistości. Odetchnęłam z ulgą, jednak wciąż miałam zamknięte oczy. Chciałam zejść z konia, ale bolesny upadek po próbie zeskoczenia, zmusił do działania, musiałam uciec od Clove. Otworzyłam oczy, poczym jak oszalała odskoczyłam na bok, od tego widoku. Nie jestem w wesołym miasteczku, obok też nie ma Clove. Jestem w domu…. Ale, jak to możliwe?!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Siedzę na kanapie. Mama jeszcze nie wróciła. Już nie wiem kim jestem. Zaraz chyba zadzwonię do Zoey. Duszę w sobie śmiech, a może, jednak to płacz? Sięgając po komórkę cicho łkam. W telewizorze lecą monotonne filmy, powtarzające co sekundę te samą kwestię. Może i niektórych to bawi, ale dla mnie to jedna wielka żenada, nie rozumiem czym tu można się tak fascynować. Zaczęłam wykręcać numer Zoey, jednak w odpowiedzi usłyszałam jedynie dźwięk automatycznej sekretarki. To chyba normalne, ale u Zoey to nie możliwe. Co się z nią dzieję?! Ona nie opuszcza na krok swojego telefonu. Nie wyłącza go nawet w kinie. To co przeczytałam doprowadziło mnie do stanu totalnego rozbicia, a ona akurat teraz musiała wyłączyć telefon. Jeszcze raz z nadzieją wykręciłam jej numer.
- Halo? – w słuchawce zabrzmiał ciepły głos Zoey.
- Hej, tu Kate. Mogę wpaść? Mam bardzo ważną sprawę – odparłam, ponaglając rozmowę.
- Tak, spoko.
-Ok, zaraz będę – odpowiedziawszy, chwyciłam białą torbę i czym prędzej dobiegłam do przedsionka. Ubrałam beżowe baleriny, poczym z pośpiechem rzuciłam się w kierunku drzwi.
Zoey musi się o wszystkim dowiedzieć. Muszę poznać jej opinie.
Zamknęłam metalową furtkę. Jak najszybciej biegłam do jej domu. Zoey mieszka dwie ulice dalej, więc nie mamy problemu się z sobą widywać. Na mojej twarzy znów zawitał kojący uśmiech. Może ta jedna osoba mnie zrozumie. Tylko jej potrafię zaufać. Jesteśmy przyjaciółkami od podstawówki.
Biegnę po twardej, żwirowej ziemi. Przy życiu trzyma mnie tylko nadzieja. Nadzieja, że ktoś wreszcie okaże choć trochę skruchy. Może zrozumie. Moje stopy lekko stąpały, delikatnie kurząc żwirowym piaskiem. Oczy aż błyszczały z ciekawości, jak zareaguje Zoey. Serce bucha, dudni w ciszy. Wokół krąży zapach świeżej trawy.
Stanęłam przed furtką Zoey. Jeszcze raz otrzepałam zakurzoną, szarą bluzę. Trzeba przyznać, że nasza tak zwana „piwnica” – nie jest najczystszym miejscem w naszym domu. Moje palce delikatnie musnęły dzwonek. Poczułam jak połknięte powietrze z powrotem podnosi mi się do gardła. Minął krótki, powszechny dźwięk, przy czym przeszłam przez furtkę.
- Wchodź Kate – namawiała Zoey – gestykulując zachęcająco ręką, pośrodku drzwi.
Rozsiadłam się na jednym z purpurowych foteli w pokoju Zoey. Wokół, jak zawsze rozchodził się zapach fiołków, które hodowała.
- O co chodzi? – pytała zaciekawiona. Jej oczy lśniły dziś wyjątkowo morskim blaskiem. Spojrzała się na mnie spostrzegawczo.
- Pamiętasz te przejście pod dywanem? Tylko proszę nie mów, że oszalałam albo jestem naćpana – dodałam spoglądając na nią niepewnie.
Zoey pokiwała głową, a lekki, niewinny uśmiech zawitał na jej twarzy. Jednak w oczach wciąż krążyło niezrozumienie.
- Kiedy zeszłam na dół, po tych schodach… odnalazłam… - opowiadałam z przejęciem całą historie, mając nadzieję, że będzie wstanie jakoś uwierzyć. Ale nieomylnie, nie będzie jej błędem jeśli nie zrozumie. Przecież to brzmi tak potwornie niewiarygodnie, że sama się gubię. Po całej opowieści popatrzyła się na mnie krzywo, choć wiem, że stara się zbytnio nie pokazywać swojej niewiarygodności. To straszne, że nawet najbliższa mi osoba, nie jest wstanie uwierzyć. Przecież ja tego sobie nie wymyśliłam. Po tym co widziałam życie mi się wali na głowę… nie przejdę przez to sama. Zoey proszę, powiedz, że nie jestem chora, że mnie rozumiesz. Jednak stała bez ruchu. Mogłam, tylko domyślać się jej podejrzeń. Otworzyła lekko usta, lecz nie wydała z nich żadnego dźwięku. Zaczęłam zgadywać jej myśli. Chyba zastanawia się, czy to nie żart i przypadkiem jej nie wrabiam. Jednak moja samotność brzmi tak okropnie, szumi mi w uszach, opanowuję myśli. Szukam jakiegoś wyjścia, jednak głęboka cisza, nas otaczająca robi się przytłaczająca, kuli w sobie dawny blask, stawia mnie w niekomfortowej sytuacji.
- Zoey… - wzdycham pod nosem, lecz nie widzę, by miała zamiar coś powiedzieć. Do oczu gromadzą mi się łzy. Czuję, jak moje serce powoli traci nadzieję, a przede wszystkim ochotę. Jednak się nie poddaję, walczę dalej. Wiem, że jestem w stanie ją przekonać. Ta niezręczna sytuacja, w której się znajduję.
- Proszę powiedz coś – szepczę, jednak ona, chyba tego nie słyszy. Stąpam po kruchym lodzie, lecz wiem, że gdy tylko się poślizgnę, ona pomoże mi wstać. Wyciągnie z lodowatej wody, w której się zanurzę. To zbyt zagmatwane, by nie miało sensu. Jednak Zoey wciąż myśli, zastanawia się. Spoglądam na zegarek, zaraz wróci mama. Nie wie, że wyszłam z domu. Z niecierpliwieniem patrzę w oszklone oczy Zoey, boję się, że straciły dziecinność, która kiedyś w nich mieszkała. Boję się, że nie zostało jej już nic z dziecka, choć jeszcze nie jest, stała się dorosła. Te domysły mnie męczą.
- To może ja już pójdę, a ty to sobie przemyślisz… - dodałam cicho z zawiedzeniem. Myślałam, że to będzie wyglądać zupełnie inaczej. Jednak, chyba to zbyt trudne. Po prostu, musi to przemyśleć.
***
Siedząc na łóżku, zwilżam wargi. Te niezrozumiałe uczucia, ponowna obojętność, która każe mi wstać. Słyszę trzask drzwi i nawoływanie mamy, jednak nic nie odpowiadam. Czekam w milczeniu.
  • awatar Oleśkaa: Jakim fajnym językiem piszesz. Zobaczyłam jak skomentowałaś wpis koleżanki i i ciesze się, że tu wpadałam:) dodaje do obserwowanych mam nadzieje, że wpadniesz czasem do mnie ;)
  • awatar wyindywidualizowana...: fantastyczne ,33
  • awatar Super Styl: supcio zaobserwowałam♥
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Następnego dnia, pogłębiona tym co widziałam, nie słuchałam na lekcji, nie patrzyłam się na Nialla, nie odwracałam wzroku na Carmen, nie słyszałam jej docinków. Nic do mnie nie docierało. Moją przestrzeń owiewała milcząca pustka. Jakbym była sama. Moje serce zanurzało się w nieznanej mu tajemnicy. Poplątanej i dziwnie bliskiej, choć na oko tak obcej. Przed oczami miałam mroczki. Stukałam ołówkiem o pusty blat biurka, jego monotonny dźwięk, wprawiał mój umysł w zamyślenia. Wciąż nie mogę uwierzyć w to co tam było. Co to oznaczało?! Gubię się w tamtych wydarzeniach.
***
Po powrocie do domu, usiadłam na tarasie. Słuchałam kojącego śpiewu ptaków. Westchnęłam. Szukam natchnienia na moje dalsze życie. Pławię się w żarze upalnego dnia, by móc zaraz pogrążyć się porywającej otchłani marzeń. Odciąć się od uciążliwej rzeczywistości. Patrząc oczyma wyobraźni, nie widzę już tych złych sytuacji. To jest mój azyl, mój własny świat, w nim znajduję ciepło i ukojenie. Widzę Nialla, znów zapragnęłam go zobaczyć, czuć jego miętowy oddech. Stać tak blisko niego. Spojrzeć w jego szafirowe oczy. Wyobrażałam sobie, że stoi tuż obok mnie. Złoty blask słońca oświeca jego miodową grzywkę i wyrzeźbioną sylwetkę. Obejmuję mnie czule, szepcząc do ucha miłe słowa. Jego ramiona delikatnie się na mnie zaciskają. W jego objęciach czuję się bezpieczna. Jakbym unosiła się powietrzu. Jego perfumy zmieszane z naturalną słodyczą jego woni, oplatają moje nozdrza, roznoszą się w powietrzu, tańczą po tafli wody. Usłyszałam jakieś kroki, zaniepokojona byłam zmuszona przestać marzyć. Moje wargi schną. Życie przywołuję mnie do porządku.
- Kate?! – zabrzmiał dość łagodny, lecz zdecydowany głos mamy. Przeniosła na mnie wzrok.
Wzdrygam się z niesmakiem. Znowu udaję. Zawsze udawała. Jak mogła mi nie powiedzieć?! A teraz to czego chcę?! Dla niej życie to gra, czysty teatr, a dla mnie dorastanie w niewiedzy. Przejście, księga, niezrozumiała historia – co to ma być?! Co to ma znaczyć?! Czy ona uważa mnie za głupią?! Już dawno nie jestem dzieckiem.
– Wychodzę dzisiaj na ważne spotkanie. Zostaniesz w domu – Odparła, poczym jeszcze raz na mnie zerknęła, jakby chciała się upewnić czy wszystko zrozumiałam i opuściła taras. Przekrzywiłam głowę z grymasem. Moje domysły nic nie wskórają. Muszę się dowiedzieć więcej. Potrzebuję na to wszystko dowodów. Przeczytam do końca książkę. Niemiły wyraz twarzy, przerodził się w nieprzyzwoity uśmiech. Muszę działać jak najszybciej. Po wyjściu mamy. To musi mieć jakiś sens, jakieś znaczenie. W upalny dzień powietrze staje. Zwilżam wargi. Słabo mi. Moje serce rozrywa stan niepokojącej ciekawości. To jest w moim domu, to jest coś więcej, niż jakaś historia. Tylko co? – pytam, lecz nie dostaję odpowiedzi. Dryfuję po nieznanym lądzie, moja skóra robi się szorstka, męczy się skwarnym upałem. Wstaję z tarasowego krzesła, poczym wchodzę do domu. Miły powiew klimatyzacji łagodzi podrażnienia. Owiewa moje włosy. Smakuje w moich suchych wargach. Od środka przeszywa mnie pustka wczorajszego dnia, tego dziwnego wydarzenia.
Opadam na kanapę, czekając aż mama opuści dom. Patrzę się w pustą szybę, nie ma w niej nic wyjątkowego, a jednak po coś ją wymyślono, czemuś służy. Tak samą jest z tą księgą. Usłyszałam powolne kroki mamy, zbliżające się ku wyjściu. Moje nogi nerwowo się wierciły, już wprost nie mogłam się doczekać. Jednak wciąż natarczywie musiałam pozbywać się złudzeń i udawać przed mamą, że kompletnie nie mam żadnych planów i potwornie się nudzę. Zdaję się, że jestem dobrą aktorką, gdyż, za chwilę usłyszałam jej głos, dobiegający zza przedsionka:
- Jak chcesz to umów się z jakimś znajomym Kate. Może Zoey ma czas. Przecież widzę, że się nudzisz – zasugerowała z lekką goryczą.
Dusiłam w sobie dumę z dobrze wykonanego zadania, a może to ekscytacja? Niecierpliwość przed przeczytaniem dalszej części nieznanej księgi. Na powieki opadł mi cień, zachmurzone słońce. Dźwięk zatrzaśniętych drzwi, wprawił moje serce w wibracje. Cała pulsuję. Ni koma duma przechodzi w zachwyt. Uświadamiam sobie, że zostałam sama, mogę zrobić teraz to co pragnę. To co mnie tak flustruje. Przenika moją dusze, nie daję jej spokoju. Czuję jak opuszki palców wbijają się poduszkę. Jak najszybciej staję na nogi, nie mogąc pozbyć się tej myśli, a jednocześnie dążę do jej spełnienia. Wyczuwam miękki, aksamitny dywan pod stopami. To te miejsce. Sama nie wiem na co jeszcze czekam. Klękam, jestem cała roztrzęsiona, a jednak każda myśl na ten temat krępuję mi ruchy, ściska je, jak najbliżej ciała, by przypadkiem nie popełniły jakiegoś głupiego błędu. Ale nie tracę czasu na takie przemyślenia. Moja ręka wibruję po dywanie. Zwijając go, wydaję się, że potulnie go gładzi. Głaszcze, jak pupila. Czuję wieczko i drewnianą klapę. Jej smród, automatycznie przemienia się w zapach. A smolisty kolor, sprawia wrażenie aksamitnej czerni. Sięgam za wieczko. W mgnieniu oka znajduję się na dole. Połyskujący marmur cieszy moje oko. Staję się radosne. Wypełnia w nim pustkę. Wilgotne ściany wprawiają moje serce w niebo wzięcie. Moja skóra znów jest gładka i nawilżona. Opary moczą moje wargi. Biegnę ku światłu, radośnie świerzbię nogami. Czuję, że żyję, że zaraz rozwiąże tą zawikłaną zagadkę. Moje serce już nie płacze, lecz najwidoczniej kipi zachwytem. Widzę księgę, próbuję ugasić zanadto impulsywne emocję. Otwieram ją, przebierając niespokojnie nogami. Próbuję odnaleźć fragment, który zgubiłam. Wytężam wzrok, patrzę na tą linijkę. Zaciskam wargi i kończę to chodzące mi po myśli zdanie:
(…) jednak posiadają nadprzyrodzone zdolności do przenikania do ludzkiego świata.
Wzdrygam się.
Są wśród was…
Na te słowa robi mi się nie dobrze, jakby czytała mi w myślach, a to przecież tylko książka. Z coraz większą ciekawością czytam dalej
Mają zdolności o których nawet ludzkiemu plemieniu się nie śniło. Pragną wykończyć najpierw swój, a potem świat ludzi. Nie da się ich poznać, ponieważ wyglądają tak samo, ale są źli i aroganccy. Ich moc słabnie w ludzkim świecie, dlatego nie są w stanie mordować. Lecz mogą cię wykończyć psychicznie. Kiedy przyjdzie czas nagromadzą armię i po zabijają każdą ludzką istotę – razem mają na to dość siły. Lepiej przygotuj się na śmierć. Teraz obserwują ludzki tryb, by wyczuć ich słabe punkty. Już niedługo nastąpi koniec świata…
Gwałtownie przerwałam, zaczęłam raptownie wdychać nasączone wilgocią powietrze. Moje serce słabło. Spojrzałam na książkę – dalsze strony były puste. Zdziwienie i lęk opanował moje myśli. Już chciałam zamknąć księgę, gdy ponownie zobaczyłam litery w miejscu gdzie ich przedtem nie było. To chore! Jednak czytałam dalej.
Musisz pomóc Kate!
Zamknęłam oczy, poczym wmawiałam sobie, że to tylko chore przywidzenie. Mój wzrok powędrował na chwilę w innym kierunku, a serce biło, jak szalone.
Nie odwracaj głowy, tylko czytaj dalej! To koniec świata. To nasz koniec, TWÓJ KONIEC…
O co tu chodzi?!! Przerażenie przejęło nade mną kontrolę. „Pomocy”! – chciałam krzyknąć, lecz zdołałam wydobyć tylko pojedynczy jęk. Czułam się, jak w jakimś horrorze. Skąd książka znała moje imię?! Skąd wiedziała co ja robię?! Spływał po mnie zimny pot. Lęk opanował doszczętnie moje słabe serce. Nie mogłam nic z siebie wydusić. Wystraszona rzuciłam się do ucieczki. Moje czoło było lodowate. Myśli pełne złudzeń i cierpienia. Moje serce krwawiło, po tym co widziałam. Łomotało, jęcząc i boląc o pierś. Bałam się. Poczułam jego smak, smak strachu, lecz nie delektowałam się nim, ale jak najprędzej próbowałam się go pozbyć. To jakiś koszmar, jednak miałam wrażenie, że nie tak prędko się z niego obudzę. Czułam jak wysiadam od środka, słabnę. Moje serce raptownie się rozrywa. Czym prędzej biegnę po schodach, mając nadzieję na azyl po tym co widziałam. Nie wiem czy zdołam się po tym pozbierać. Zdaję się, że teraz to moje życie stało się jedną wielką książką…
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Czy ona mówiła poważnie? Szok jakim były te słowa, nie dawał mi spokoju. O co chodzi? Czemu nigdy wcześniej tego nie zauważyłam? Czym prędzej podbiegłam do Zoey. Z lękliwym zafascynowaniem zaczęłam odwijać dywan. Zastanawiałam się, czy ona przypadkiem mnie nie nabiera? Złociste promienie słońca, przedzierały się przez okno, oświecając coraz większe kawałki lakierowanej podłogi. Moja dłoń delikatnie zwijała aksamitny materiał. Miałam wrażenie, że moje uczucia są mieszane. Do gardła podchodził mi strach, a w myślach krążyło podekscytowanie. Mała, kwadratowa klapa, błysnęła w moich tęczówkach. Moja klatka co chwilę się podnosiła, poczym z łomotem serca opadała. Zoey nie kłamała, tutaj jest jakieś przejście! Tylko, czemu ja nic o tym nie wiedziałam?! Może to tylko zwykła piwnica? Nie, to nie możliwe, mamy piwnice, ale na suficie nie ma żadnego przejścia, ani żadnych schodów z góry. To jeszcze bardziej pogłębiało moje zastanowienie. Jednak ciekawość i zafascynowanie boleśnie, ale kojąco miażdżyła strach. Lekko przejechałam opuszkami palców po niewielkim wieczku. O dziwo nie było w ogóle zakurzone. Jedynie smolisty kolor i monotonny smród, mógł sprawiać takie wrażenie. Czyli mama albo ktoś, musiał z niego korzystać. To tak irytujące, że nawet własna matka, ma przede mną jakieś tajemnice. Spojrzałam na Zoey, ze znakiem zapytania. Najwyraźniej próbowała powiedzieć „ na co jeszcze czekasz, otwórz”, ale szok i podekscytowanie, zamurował jej usta. Nie wahając się już ani chwilę, pociągnęłam za wieczko. Poczułam, jak zaciska mi się serce. Znów zaczęło kierować mną przerażenie. Groza znów próbowała wzbić swoje skrzydła ku górze. Język plątał mi się po wargach.
- Ty zajrzyj pierwsza Zoey – zadrżałam.
- Boisz się własnego domu? Pfff… daj spokój… twoja mama jest jakąś seryjną zabójczynią? – odparła z kpiną.
Spuściłam wzrok. Ufam mojej mamie. To jakieś szaleństwo! Nic z tego nie rozumiem. Czuję się jak w jakimś paradoksyjnym thrillerze. To musi być jakiś senny koszmar, no bo co innego? Zoey schyliła się powoli, by móc dosięgnąć wzrokiem dna.
- Widzisz coś? – pytałam z niecierpliwieniem.
- Tylko jakieś schody, dalej jest strasznie ciemno.
- Trzeba tam zejść – odparłam, poczym przybliżyłam się lekko do otworu, opierając się na jego drewnianych krańcach.
- Pójdę pierwsza – odrzekłam ze zdecydowaniem. Jakaś dziwna mantra kazała mi tam iść. Moje ręce świerzbiły, a ciało samo chodziło. Mój dom – moja rodzina – zero tajemnic. – Poczekaj chwilę, dam ci znać, kiedy będę już na dole.
Przymrużyłam brwi. O niczym nie myślałam, niczego nie czułam, niczego się nie lękałam. Ta niezrozumiała obojętność ciągała moją duszą, bawiła się nią jak zabawką. Lekko i zwinnie wślizgnęłam się przez przejście, poczym zeszłam po marmurowych schodach na sam dół. Nie docierało tu żadne światło, żaden blask, nawet najmniejszy promyk jasnego słońca. Powietrze przedzierał delikatny zapach krążącego popiołu. W tej ciszy słyszałam nawet swój oddech, bicie serca, własne kroki.
- Nigdzie nie mogę znaleźć żadnego włącznika. Jest zupełnie ciemno! – krzyknęłam do Zoey, krążąc rękami po zimnych ścianach. Wszystko było zrobione z marmuru. Narastająca wilgoć, przeszywała lodowato moje dłonie, dochodząc aż do kości. Odciskała na mnie bolesne piętno. Wypuściłam z ust powietrze, ku mojemu zdumieniu, to miejsce mnie wcale nie odstraszało, moja dusza nie mieniła się lękiem. Trochę niepokoju gościło w moim sercu, lecz nie można go było nazwać przerażeniem. Każdy mógłby powiedzieć, że jestem wariatką, ale ja odczuwałam, nie wiadomo skąd, jakąś dziwną tęsknotę do tego miejsca. Choć nigdy oczywiście, bym się do tego nie przyznała. To było takie nagłe, targało moimi pogubionymi zmysłami. Wdycham wilgotne opary, są bolesne i nieprzewidywalne. Dławię się nimi. Czuje, jak przedzierają mi się przez płuca. Ich objętość narasta, zaciskają mi nozdrza. Zdaję się, że nie ma tu żadnej elektryczności. Co więc mama tu robiła?! Co ona przede mną ukrywa?! To wprost jakieś chore psychodelium. Tu jest potwornie ciemno, jak w jakiejś Azteckiej grocie, albo co najmniej pierwotnej jaskini. Westchnęłam ciężko – zdaję się, że ostatni płomień nadziei zgasł. Nic nie zdołało go podtrzymać.
Szłam coraz głębiej, wydawało mi się, że idę już jakieś dziesięć minut. Nie słyszałam już prawie głosów Zoey. Składały się z jakiś mamrotów i szmerów. Chciałam wrócić, lecz coś nie dawało mi spokoju, nie pozwalało mi odejść. Bezsensownie kręciłam się w kółko, myślałam już, że za chwilę skapituluję. Wydawało mi się, że to koniec, nie ma sensu na dalszą drogę. Zmęczenie zaczęło być natarczywe. Napierało. Jednak jakaś jasność, zdaję się, że małe światło nawoływało z daleka. Co to za miejsce?! Biegłam szybko i bez zastanowienia do celu. Teraz nic nie mogło mi przeszkodzić. Moje nogi coraz to bardziej stukały o marmurową podłogę. Światłość. Aż raziła moje odzwyczajone tęczówki. Byłam coraz bliżej, a ona coraz większa. Narastała, ugaszała ciemności. Zdaję się, że wylatywała z jakiegoś przedmiotu. Dziwne?! Co to za szopka?! Czy ja jestem w jakimś telewizyjnym show?! Te z pewnością nienaturalne zjawisko zadziwiało mnie jeszcze bardziej. Stanęłam w miejscu. To jakaś księga. Niezrozumiałe zafascynowanie krążyło mi po głowie. Wahałam się. Czemu mama to przede mną ukrywała?! Jedna z rozkoszy, byłoby zobaczyć co w niej jest. Musiałam ją przeczytać, choćby obejrzeć. Może tam jest coś o mnie?! Jakaś ukryta prawda. Zdecydowałam, że ją otworzę. Rozsądek nie pozwalał, lecz serce kusząco zachęcało do działania. A ja zawsze słucham głosu serca. Zachłannie rzuciłam się na grubą księgę. Była zrobiona z jakiejś zwierzęcej skóry. Jej tytuł był niezrozumiały, zdaję się, ze po Arabsku, albo innym dziwnym języku. Zaczęłam czytać pierwszy wers:
Istnieją dwa światy, świat ludzi i świat onyksów. Świat ludzi był światem dobrym, potocznie nazwanym „Ziemią”. Świat onyksów, światem złym, piekielnie przerażającym, nazwanym „Wrotami Potępieńców.” Oba światy nie znały prawdy o sobie, nie wiedziały o istnieniu drugiego, aż pewnego dnia, zachłanni onyksi wzgardzili swoją ziemią. Chcieli podbijać inne im nieznane. Od samego początku, bowiem wiedzieli, że nie są sami. Jeden dzień bez krwi jest, jak jeden dzień bez wody- potępione plemię morduję bezlitośnie siebie nawzajem, rozrywa ciała. Już od dziecka nauczeni są, by zabijać. Brat uśmierca brata. Każdy mord, każda krew daję im uciechę, chlubę. Wrodzona nienawiść sprawi, że umiera każdy po kolei, aż przychodzi kolei na ciebie. Nieustanny strach. Cierpienie. Ucieczki. Panika i coraz to większa żądza krwi własnego członka rodziny. Ich natura uważana jest za ludzką, jednak posiadają nadprzyrodzone zdolności do…
- Kate, twoja mama właśnie parkuję!!! Szybko!!! – darła się z przerażeniem Zoey, wyrywając mnie z zaczytania. Z łomotem serca zamknęłam księgę i wybiegłam na górę… Nic nie rozumiem.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (9) ›
 

 
Z trudem powstrzymałam się od płaczu. Wiedziałam, że Carmen zrobi coś okropnego. Jak najszybciej opuściłam klasę. Nie chciałam, by ktoś zauważył moją czerwoną twarz, zaszklone oczy, a już w szczególności on, nie musi wiedzieć. Carmen jeszcze bardziej, by się wyżyła. Jeszcze bardziej mnie poniżyła. Zakryłam twarz, okalając ją dłońmi. Bałam się, do jak obrzydliwych rzeczy może dopuścić. Musiałam się spotkać z Zoey. Zdaję się, że zaraz będzie dzwonek kończący przerwę, nie chcę tam wracać, nie chcę patrzeć na Carmen. Moje serce rozrywa się w dwie strony, nie wiedząc, którą wybrać. Muszę jak najszybciej odnaleźć Zoey i wyrwać się ze szkoły. Nie mogę tu zostać, nie mogę się męczyć jej spojrzeniem. Gdy widzę Carmen usycham, jednak wzrok Nialla znów budzi mnie do życia. Biegłam przez szare korytarze, były ponure, zagłębiały mój smutek. Nie było jej. Stanęłam przed wejściem do jej klasy, schyliłam głowę. Zakryłam płaczliwą twarz włosami, poczym raptownie otworzyłam drzwi, spoglądając przez końcówki. Próbowałam wyszukać wzrokiem Zoey. Moje serce biło, chciało mi się płakać. Oglądając się w różne strony próbowałam ją odnaleźć. Stała z kilkoma innymi dziewczynami przy oknie. Śmiała się i rozmawiała. Niestety musiałam zepsuć jej ten radosny nastrój.
- Zoey! – Krzyknęłam, poczym ponownie zakryłam twarz. Spojrzała na mnie zdziwiona. Przeprosiła na chwilę towarzystwo. Podbiegła do mnie, wiedziała, że coś jest nie tak. Jej wzrok był zmieszany, niecodzienny. W oku krążył wielki znak zapytania. Wyprowadziłam ją szybko na korytarz. Właśnie zadzwonił dzwonek. Miałam niewiele czasu, by ją przekonać.
- Muszę wracać do klasy Kate, powiesz mi o tym później… - rzuciła, poczym, spojrzała się na drzwi.
- Nie, Zoey. Nie możesz pójść, muszę wracać do domu, chcę żebyś wróciła ze mną.
Zoey odwróciła głowę, była totalnie zdezorientowana.
- O co chodzi Kate? Jak to wracasz do domu? Co się dzieję?
Mała łza pociekła po moim policzku.
- To Carmen – wyszeptałam.
Zoey przymrużyła brwi, zgodziła się wrócić ze mną. Cichy odgłos kroków zdawał się zbliżać. Buty na koturnach, pewnie kroczyły po drewnianej podłodze. Nauczycielka zaczęła patrolować korytarze.
- Nie, to pani Concull – odparła z przerażeniem Zoey.
Nie zastanawiając się ani chwili, rzuciliśmy się do ucieczki. Szum tupotu stóp, owiewał przestrzenny korytarz. Nauczycielka była coraz bliżej, już skręcała, jej cień krążył wokół nas. Lęk przebijał moje serce jak strzały, powoli zaczął opanowywać moje myśli, umysł. Na niczym nie mogłam się skupić. Strach w oczach Zoey. Jak szalone dopadłyśmy drzwi wejściowych. Moje serce biło, poczym stawało. Krztusiłam się zapędzonym powietrzem. Wybiegłyśmy kotłując się nawzajem. Powoli, jednak zaczęłam zwalniać. Zdyszana próbowałam zaczerpnąć świeżego powietrza. Poczułam jak Zoey stanęła obok, opierając łokieć o moje ramię.
- Już… Jesteśmy… Bezpieczni. – Wyksztusiła z ulgą. Zbliżaliśmy się do samochodu Zoey. To mnie jeszcze bardziej dobijało, nie tyle co ma prawo jazdy, ale jeszcze własne auto. Jednak kojąca myśl o wyrwaniu się ze szpon Carmen i spokojnym wróceniu do domu, przystopowała moją wewnętrzną burzę, a raczej sztorm mego serca. Zamknęłam delikatnie oczy, poczym otworzyłam je z lekkim nieprzyzwoitym uśmieszkiem. Wreszcie coś poszło po mojej myśli. Wsiadłyśmy do samochodu, poczym podążałyśmy w kierunku mojego domu.
***
Zoey rozsiadła się wygodnie na dużej, przestrzennej, kremowej kanapie. Na szczęście mama była jeszcze w pracy. Jej powrót był planowany około godz. 17.15. Ale jak na nią przystało i tak jeszcze się spóźni. Nie chcę mieć jakiś kłopotów i zamartwiać mamy, postanowiłam, że powiem jej o moim zwykłym powrocie, po zakończeniu lekcji o piętnastej.
- Podać ci coś? – Zaproponowałam.
- Jeśli możesz to herbatę, ale obejdzie się.
- Nie, spoko – odparłam. – Zaraz wracam.
Łagodnym wzrokiem, przemierzyłam kuchnię. Podeszłam do szuflady, poczym wyjęłam czarną herbatę. Zaparzyłam i za dwie minuty była gotowa.
- Poczekaj, już idę – krzyknęłam, przy czym delikatnie chwyciłam w dłonie gorący napój. Powolnym krokiem zbliżałam się do salonu. Mały skrawek dywanu delikatnie odstawał od podłogi. Chwila nieuwagi i ciężko wylądowałam na ziemi. Gorąca herbata wylała się na dywan. Zoey czym prędzej zbliżała się w moim kierunku, by udzielić mi pomocy. Bolała mnie noga, zalałam się herbatą i nie miałam dobrego nastroju.
- Cholera!– Odparłam zdenerwowana.
Czemu zawsze wszystko przytrafia to się tylko mnie. Wstałam, wycierając ręką zalane spodnie.
- Aj – jęknęłam. Herbata aż wrzała. Gorący żar stąpał po mojej skórze. Trzeba było wytrzeć dywan przed przyjściem mamy.
- Zawiń ten dywan, żeby nie odstawał, ja pójdę w tym czasie po ścierkę wytrzeć spodnie. – Skinęłam do Zoey, poczym poszłam do kuchni.
Zoey zaczęła zawijać dywan.
- Nie wiedziałam, że macie przejście pod dywanem do piwnicy. – Odparła, a w jej głosie wyraźnie było słychać zdziwienie.
- Nie mamy niczego takiego?! – krzyknęłam zdezorientowana, stając w drzwiach salonu.
  • awatar DreammmsBaby: haha ogl. the Pact? To o piwnicy jest mniej więcej oparte na tym horrorze :D super ;)
  • awatar Hachi: Świetny rozdział : )
  • awatar kingstoon: suuuper, czekam na następny rozdział! :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (10) ›
 

 
- Przepraszam.?
W moich uszach zabrzmiał cudowny głos.
- Sorry, mógłbym przejść? – Pytał z niecierpliwieniem.
Wbita w podłogę, patrzyłam się na niego jak na jakiegoś boga. Jego słodka woń unosiła się w powietrzu, coraz bardziej zwiększając swoją objętość. Czułam jego oddech, lekkie powietrze muskające moją skórę. Zbita z tropu nie mogłam się ruszyć. Wpatrywałam się w jego cudowne oczy. Źrenice, nie skłonne do kłamstwa. Nie mogłam wydać żadnego dźwięku, zupełnie jak wtedy na występie w podstawówce, o którym wspominała Zoey. Czułam go, stał tak blisko, tak blisko, że mogłam wyciągnąć dłoń, by dotknąć jego torsu. Jego twarz była opalona, zadbana, prawdziwa. Jego ręce prawie stykały się z moimi. Jak wariatka stałam bez żadnego celu w wejściu do klasy. Euforia z jego powodu była zbyt silna, nie mogła przestać atakować. A ja nie byłam w stanie się przed nią bronić. Niall zmarszczył brwi i popatrzył i się na mnie krzywo. Chyba moja postawa lekko go zdziwiła. Musiałam się jakoś ocknąć, nie mogłam wyjść przed nim na jakiegoś dziwoląga. Zaczęłam się jąkać. Niewidzialna dłoń, zamykała mi usta, nie wiedziałam co powiedzieć. Odsunęłam się krok i przepuściłam chłopaka. Zrobił kilka kroków i popatrzył się na mnie, jakby czytał w moich myślach. Jakby wiedział, że mi się podoba. Uśmiechnął się z dziecinną łatwością, a jego lśniące, białe zęby jeszcze bardziej zagłębiały jego urok. Był wyjątkowy. Oddalał się coraz bardziej w głąb klasy. Zobaczyłam jak bardzo mnie przenikną, jak bardzo mi się podoba. Wciąż wydawało mi się, jakby stał przede mną, a nasze oddechy stawały się jednością. Znowu stało się coś dziwnego. Może to mi się tylko wydawało. Może z jego powodu dostałam jakiś halucynacji. Odwrócił jeszcze raz głowę, poczym podbiegł do mnie szybko. Stanął tak blisko, jak wtedy, gdy torowałam mu przejście do klasy. Nachylił się lekko. Chyba wciąż śnię. On to zrobi, zaraz mi coś powie. Czy Zoey wyznała mu, że mi się podoba?
- A tak w ogóle, to jestem Niall – szepnął, poczym oddalił się do kolegów.
Nie wierzę, że on to powiedział. Nie wierzę w to, że się do mnie odezwał. Wcale tego od niego nie oczekiwałam, ani nie wymagałam. Mój świat zaczął nabierać kolorów. Byłam taka szczęśliwa, znów zaczęłam wchodzić w stan euforii. Niall wciąż na mnie spoglądał. Uśmiechał się tak słodko, że prawie zapomniałam już o całym świecie. Byłam pogrążona w marzeniach, jednak żadna bajka nie trwa wiecznie. Do klasy weszła właśnie Carmen. Mój idealny świat został właśnie powalony przez „prawdziwy ideał”, który miał mnie totalnie gdzieś. Powolnym krokiem weszła do klasy odpychając mnie na bok. Jej blond loki, opadały swobodnie na ramiona. Jeszcze raz poprawiła swoją czerwoną szminkę, poczym podeszła do Nialla. Nie, ona to robiła. Nie wytrzymam. Podlizywała się Niallowi, tak po prostu i bez skrupułów. Jeszcze raz przypomniałam sobie, jak bardzo jej nienawidzę. Przybliżyła się do niego, prawie go obejmowała. Miałam wrażenie, że zaraz ją uduszę, limit mojej cierpliwości właśnie się kończył. Jej spojrzenie mnie wykańczało. Próbowała go uwieść. Wytężyłam wzrok. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom tak po prostu ją zignorował. Nawet na nią nie spojrzał. Nie dał jej pola do popisu. Tym razem Nie wygrasz Carmen, nie ze mną. To nie twój czas. Patrzyłam na jej irytację, wściekłość w oczach. Niall zagrał jej na nerwach. Nigdy nie była odepchnięta przez jakiego kol wiek chłopaka. Nie wiedziała co zrobić , jak go podejść. Była kompletnie rozbita, zdezorientowana.
Nagle, oczy Nialla wylądowały na mnie, a słodki uśmiech znów zawitał na jego twarzy. O nie tylko nie to, nie w tej chwili. Zamknęłam oczy, udawałam, że tego nie było. Szybko przełykałam ślinę. Dlaczego on to zrobił? Akurat teraz, przy niej. W tym nieszczęśliwym momencie. Zdemaskowana w pośpiechu szukałam miejsca, by się ukryć przed nią, przed jej wzrokiem. Może tego nie zauważyła? Może nie patrzyła akurat w tym kierunku? Aż w końcu nadszedł najgorszy moment w moim życiu. Nasze spojrzenia się spotkały. Zacisnęłam wargi. Była tak wściekła. Wprost zabijała mnie wzrokiem. Widziała to. Zaczęła się zbliżać, a ja nie wiedziałam jak uciec. Przeszywała moje ciało, jakby wbijała w nie milion gwoździ. Była coraz bliżej. Jej twarz stała się pełna nienawiści, nienawiści do mnie. Już wyobrażałam sobie, jak rujnuje mi życie. Rozbija szklaną kulę ochronną, w której się znajduję, poczym bezlitośnie mnie morduję, zabija w męczarniach. Mój świat się sypie, jak proszek. Zostaję sama, bez niczyjej pomocy. Jej fioletowe obcasy dumnie kroczyły po wykładzinie. Zatrzymała się lekko, gdy do mnie dotarła, przy czym cicho wymamrotała:
- To twój koniec Kate…
Moje oczy z przerażeniem wpatrywały się pustą ścianę. Dzięki radzie Zoey, Niall zwrócił na mnie uwagę, ale niestety Carmen też.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (21) ›
 

 
Spojrzałam na zegarek, jest 7. 30. Za chwilę mam szkołę. Szybko wyrwałam się z łóżka, zwalając puchową kołdrę na podłogę. Śniadanie zjadłam w pośpiechu, choć szybkość nie jest moją silną stroną. Ledwie co zdążyłam wyrwać jeszcze tylko czarną marynarkę, a już musiałam być w samochodzie.
- Powiesz mi, o co chodziło z tym zerwaniem przyjaźni. – Spytała się mama. Wykrzywiłam usta. Skąd ona o tym wie?! Śledziła mnie czy co?
- To nic takiego, sprawa skończona.
Ugasiłam emocję. Nie lubię, gdy mama pyta się o rzeczy na, które nie chcę odpowiadać.
W niecałe piętnaście minut byłyśmy już pod szkołą, na szczęście obyło się bez korków. Pożegnałam się z mamą, poczym wkroczyłam do szkoły. Przemierzyłam długi korytarz. Znalazłam szafkę i wzięłam potrzebne książki, jeszcze tylko miałam chwilę zaczekać na Zoey. Siedzi na konsultacjach. Gdy, nagle stało się coś nieoczekiwanego. Wpatrzona, zapomniałam o całym świecie. Nie byłam pewna czy to prawda, czy złudzenie. Moja wyobraźnia. Wmurowana w ziemie wpatrywałam się, jak szalona w te zjawisko. Zobaczyłam właśnie najprzystojniejszego chłopaka w życiu. Miodowe włosy połyskiwały w blasku słońca. Grzywka lekko wpadała do oczu, ale nie na tyle, by je zasłonić. Ich szafirowy blask rozchodził się po całym korytarzu. Nie mogłam się powstrzymać od uśmiechu, ten widok był lekiem na me serce.
- Kate? – Zoey mnie zaczepiła. – Radzę ci lepiej przestań się patrzeć.
- O co ci chodzi? – Wyrwałam jakby nigdy nic. Szybko się ogarnęłam. – Przecież ja na nic takiego się nie patrzyłam.
Zoey wpatrywała się we mnie z niedowierzaniem.
- Nie oszukuj się Kate, przecież obie wiemy, że patrzyłaś się na Nialla.
- Niall, więc tak ma na imię. Skąd wiesz?
Moje hormony buzowały, byłam pewna, że zaraz pójdę i opowiem mu o sobie, może tylko trochę brakowało mi śmiałości. Moje serce biło jak szalone, co chwilę wyrywało się i miejsca. Dziwne uczucie w brzuchu, sprawiało, że leciałam. Odlatywałam razem z nim, był skrzydłami które nas unoszą. Nie mogłam przestać się patrzeć, był taki słodki, taki idealny. Miał w sobie coś takiego.
- Halo? Czy ja gadam do ściany?
Zoey machała mi ręko przed oczami. A jej gestykulację sprawiały, jakby pytała „ co się ze mną dzieję”
- Radzę ci przestań się patrzeć. To Niall Huston, nowy chłopak w szkole, przed chwilą był na konsultacjach. Ale uważaj, bo Carmen ma na niego oko.
Te imię wyrwało mnie z tak pięknego snu i zamieniło go w koszmar. Carmen?! To królowa naszej szkoły, przy niej wyglądam jak ostatnie nieszczęście, totalna idiotka. Nie mam pojęcia czemu, ale każda dziewczyna jest na jej rozkaz. Wszystkie chcą się z nią kolegować, choćby po to, by pozyskać jakąś pozycję w szkole. Niemiły grymas pojawił się na mojej twarzy, a przez głowę przemknęła mi tylko jedna myśl „ czemu właśnie ona?”. To odwieczne pytanie. Okey, jeśli byłaby to jakaś inna dziewczyna, to nie ma sprawy, ale Carmen!? Ona może naprawdę cię ośmieszyć i to przed całą szkołę, wtedy już nikt nie będzie trzymał twojej strony. Nie mam z nią żadnych szans. Moje serce jęczało. Płakało jak małe dziecko. Odwróciłam głowę w stronę Zoey, ze smutkiem wpatrywałam się w jej tęczówki.
- Hej, ale to, że i Carmen on się spodobał, nie oznacza jeszcze twojej klęski. Nie możesz tak od razu się poddać.
- Myślisz, że mam jakieś szanse?
Przymrużyłam brwi. Czy ona naprawdę tak sądzi? Ja i Carmen na jednym polu bitwy? Nie wiem czy to dobry pomysł, ale Niall wydawał się tak kuszący, że chyba się nie opre i będę musiała z nią walczyć.
- Ej no, zależy ci na tym chłopaku? – Wtrąciła Zoey.
Teraz miałam już stuprocentową pewność, że tak. Nie zastanawiałam się ani chwili dłużej.
- Mhm – odpowiedziałam.
Akurat zadzwonił dzwonek. Weszłam do klasy i zajęłam miejsce. Przez całą godzinę nie mogłam się skupić, myślałam tylko o jednym – o „nim”. O jego włosach, oczach, spojrzeniu, uśmiechu. Moja dusza napawała się cudowną słodyczą jego postaci. Pakowałam właśnie książki. Podeszłam do drzwi, gdy spotkałam to spojrzenie, ten blask oczu. Rumieńce na policzkach. Nie mogłam odezwać się ani słowem… Po prostu, tak jak bym śniła…
 

 
Wstałam z krzesła, poczym jeszcze raz na nią spojrzałam. Odwróciła się bez słowa. Nie wytrzymam bez niej. Ale ona też beze mnie. Musiałam ją jakoś złapać i to wytłumaczyć. Przyrzekaliśmy sobie przyjaźń aż do śmierci, nie mogę pozwolić żeby byle co to popsuło. Nie będę tego traktować poważnie, po prostu pójdę ją przeprosić. Kłótnie się przecież zdarzają. Podążałam w jej kierunku. Musiała mnie zrozumieć. To nie była moja wina. Zoey coraz szybciej się oddalała. Chyba nie miała ochoty teraz ze mną gadać. Przyspieszyłam kroku. A ona była coraz bliżej tłumu.
- Zoey! – Krzyknęłam. Nie zwracała uwagi. Powtórzyłam drugi raz. Olewała mnie. Nie mogę w to uwierzyć, jak ona może. Przecież nic tak wielkiego się nie stało. Podbiegłam do niej szybko, poczym złapałam ją nagłym ruchem za rękę.
- Czemu tak strasznie się na mnie obraziłaś? – Ledwo co wysapałam. Byłam cała zdyszana. Zoey poderwała się z miejsca, przy czym spojrzała się na mnie jak na kretynkę.
- Nie rozumiesz? To już kolejny raz Kate. Tyle powodów, tego wszystkiego jest za dużo.
Zmarszczyłam brwi.
- Jak to, o co ci chodzi?
- Cały czas mnie wystawiasz. Pamiętasz jak kiedyś zignorowałaś mój szkolny występ? Miałaś ze mną zaśpiewać, a co zrobiłaś.? Stałaś w miejscu i gapiłaś się jak głupia w publikę. Nawet nie wydałaś dźwięku.
No dobra, może nie jestem zbyt pewna siebie i lekko się stremowałam, ale to nie było aż takie halo.
- Chcesz żeby nasza przyjaźń zmarnowała się przez jedną rzecz, która była w podstawówce? – rzuciłam. Byłam oburzona tym co zamierzała zrobić. Zerwać przyjaźń dla jednego występu.
- Nie to nie było jeden raz Kate. A przypominasz może sobie…
Stałam jak osłupiała. Pamiętała chyba milion moich potyczek, wymieniała jedną po drugiej.
- Poczekaj, może i trochę zamieszałam. – Przerwałam. – Ale bardzo cię przepraszam, bo nie chciałam ci tego robić specjalnie na złość. Przecież po coś zawarłyśmy tą przyjaźń. Ten pakt. Byłyśmy dla siebie stworzone, już od piaskownicy bawiłyśmy się jak najlepsze przyjaciółki. Tak jak siostry. A teraz to nie była moja wina.
Zoey spojrzała na mnie, a w jej oku zakręciła się łza. Poruszyło ją, wreszcie coś w niej drgnęło. Jednak była niepewna i to ją przybijało. Jeszcze raz wbiła wzrok w moją bladą twarz. Obserwowała źrenice, jakby przeglądała się w małym lusterku.
- Dziewczyny! – Rozległ się głos nauczyciela. – Chodźcie, już wszyscy poszli, trzeba się zbierać.
Z niepokojem spojrzałam na pana od Polskiego, gdy, po chwili poczułam miły dreszcz ukojenia. Zoey przytuliła mnie najmocniej jak potrafiła, byłam szczęśliwa, że jednak coś w niej zostało, że wciąż jesteśmy przyjaciółkami, że jest jeszcze jakaś nadzieja.
 

 
- Catherine! – rozeszło się głośne wołanie. Wśród tłumów ludzi na szkolnym boisku stała Zoey. Wypatrywała, czekała na mnie. Dziś rozgrywał się jeden z ważniejszych meczy dla naszej szkoły. „Amber teen High” vs. „soul High”. Wiedziałam, że się spóźnię, ale nie mogłam jej uprzedzić. Byłam cała roztrzęsiona. Zostawiłam w torebce telefon. Spóźniłam się na autobus, więc musiałam zaczekać na mamę. Nerwowo poprawiałam makijaż przed małym samochodowym lusterkiem. Siedziałam jak na gwoździach. Chciałam spytać czemu jeszcze nie mam prawo jazdy, ale wiedziałam, że mama miała zły dzień w pracy i nie chciałam jej dodatkowo denerwować. Postanowiłam przemilczeć tą podróż. Jednak kotłowałam w sobie prolog emocji i nie wykluczone, że kilka przekleństw przemknęło mi w myślach. Często opuszczałam takie szkolne widowiska, co przysporzyło mi sporo kłopotów. Nie chcę ryzykować w gabinecie u dyrektora. Wiem, to chore, tak jak nieustannie męczące zasady naszej szkoły. Liczą każdą osobę, sprawdzają na liście każdego ucznia. Mecze footballu to dla nich świętość. A szczególnie dla dyrektora. To on nimi dowodzi, tak jak robotami. Delikatnie nałożyłam miętowy błyszczyk, poczym oparłam się znudzona o fotel. Zmarszczyłam brwi. Byłyśmy już niedaleko. Wyciągnęłam książkę, poczym cała pochłonęłam się w fantastyczną literaturę. Mój umysł się rozkoszował akcją bohaterów. To dawało mi trochę ukojenia, odrywało mnie od problemów tego świata. W tym mogłam być kimś innym.
Nagle poczułam, jak mała Honda mamy zwalnia. Wzięłam głęboki wdech. Jak najszybciej musiałam odnaleźć Zoey. Gdy tylko samochód zatrzymał się na szkolnym parkingu, pożegnałam się szybko z mamą, poczym wyskoczyłam jak szalona z auta. Biegłam w stronę szkolnego boiska. Choć zmęczenie i upał przyskwierało, ani mi się śniło zwolnić. Wytrącona z równowagi, próbowałam znaleźć wzrokiem Zoey. Musiałam się ogarnąć i wypatrywać dziewczynę o morskich jak fale oczach i orzechowo- złocistych włosach. Przepychałam się przez tłum sparzonych ze sobą nastolatków. Traciłam powietrze, nerwowo próbowałam zaczerpnąć oddech. Rozwydrzona młodzież, jak najszybciej napierała ku zapisom. Nie mogłam jej znaleźć, prawdopodobnie, już dawno przeszła przez zapisy i usadowiła się na trybunach. O nie, czy ona o mnie zapomniała. Może zbyt długo czekała, pomyślała, że już się nie zjawie. Coś ukuło mnie w serce, jakiś ból, którego nigdy wcześniej nie poczułam. Musiałam działać szybko. Moje ręce wibrowały w powietrzu, odsuwając tłum.
- Ej, co się pchasz?! Usłyszałam niewyraźny głos zza moich plecy. Rozmazane kolory ubrań, mignęły mi przed oczami. Już prawie dotykałam jednego z nauczycieli, który zapisuję, był już prawie na wyciągnięcie ręki, gdy bolesny upadek na ziemie, rozmył radosne złudzenia.
- Jest kolejka – burknął jeden z uczniów, powalając mnie ciężko na podłoże. Popatrzyłam się na niego złowieszczo. To Ian James – najbogatszy i najbardziej rozpieszczony nastolatek w naszej szkole. Wykrzywiłam usta, na jego widok, na mojej twarzy malowało się obrzydzenie. Był obleśnie zamożny i okropnie bezczelny. Na wszystkich patrzył z góry, z wyższością. Uważał się za lepszego od nas, choć sam nie umiał nawet zawiązać sznurówki, a mimo to wszystkie dziewczyny na niego leciały. Podczas, gdy ja nie wiedziałam, czym tu można się tak zachwycać. Od dziecka wszystko było robione za niego, ktoś mógłby powiedzieć, że „i on tak, by chciał”, ale ja patrząc jakim stał się człowiekiem, wolę omijać taką „elitę”. Wiem, że wpychanie się nie jest kulturalne, ale to co on zrobił, było po prostu bezczelne. Z trudem powstrzymywałam pięści, by mu przypadkiem nie dołożyć. Wstałam jak najszybciej, inaczej byłabym skazana na stratowanie, przez dzikie nastolatki. Przetarłam kolana, przy czym posłałam mu nieprzyzwoity uśmieszek i stanęłam za nim w kolejce. Uznałam, że lepiej z nim nie zadzierać. On potrafi zrobić naprawdę wszystko. Jednak niektóre z dziewczyn zauważyły, że Ian mnie zepchnął na ziemie i posłały mi złowrogie spojrzenie. No błagam, jak można być o coś takiego zazdrosnym. Jeśli chcą z chęcią oddam i ten upadek, zdaje się, że zaliczyłam w nim siniaka. Kilka chłopców, poczym Ian skończyli zapisy. Wreszcie przyszła moja kolej, choć wiedziałam, że nie mogę się nastawiać na miejsce obok Zoey albo jej zadowolenie. Zapewne będzie na mnie obrażona, choćby za to, że nie poinformowałam ją o spóźnieniu i czekała na mnie jak idiotka. A przez ten upadek, jeszcze bardziej się to wszystko przedłużyło. Byłam naprawdę wkurzona.
- Nazwisko? – mamrotał pod nosem pan Tomson.
- Catherine Jones.
Wzrok nauczyciela przeszył wzrokiem po moim ciele.
- Następny! – Krzyknął, poczym małym zwinnym ruchem zaznaczył mnie na liście. Przebiegłam szybko przez boisko, poczym stanęłam przed trybunami i wypatrywałam Zoey. Siedziała w górnym rzędzie, nie wyglądała na specjalnie zadowoloną, zdaje się, że zbyt długo na mnie czekała. Spojrzała na mnie, a jej oczy aż kipiały. Była naprawdę zła. Zrobiła jedną z tych min, gdy ktoś naprawdę jej zalezie za skórę. Zauważyłam, że obok niej było jedno wolne miejsce, to znaczy, że wcześniej je dla mnie zajęła, ale teraz nie chciałam ryzykować. Jakby z jej twarzy dało się wyczytać „ spadaj Kate”. Odwróciłam się ze smutkiem, pomarkotniałam. Mój wyraz twarzy stracił jaką kol wiek barwę. Poczułam, jak bardzo ją zawiodłam. Tak bardzo chciałabym jej to wszystko wytłumaczyć. Zajęłam jedno z wolnych miejsc z daleka od Zoey. Przetarłam płynnym ruchem czerwone oczy. Poczułam jak z łzami rozmywa mi się tusz. Cały mecz przesiedziałam sama na jednym z siedzeń, rozmyślając o moim życiu. Nie wiem jaki był wynik, teraz to nie miało znaczenia. Kilkunastu spoconych facetów ganiało za piłką. To było takie bez sensu. Wszystko straciło swój powód, bez Zoey.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (14) ›
 

 
Boję się, potworny strach rozrywa mi serce. Nie odwrócę już tego co widziałam, nie cofnę się w czasie, by móc temu zapobiec. Ta męczarnia mego wnętrza, z której długo nie wyjdę. Ten straszny widok, koszmar, który śni mi się w każdą noc. Ten uraz, którego nie mogę się pozbyć. Ręce mi drżą, boję się komukolwiek o tym powiedzieć. Duszę to w sobie. Zamykam. Jestem psychicznie wykończona, tym widokiem. Widokiem, którego nie powinnam była zobaczyć, nikt nie powinien, a szczególnie dziecko, którym jeszcze jestem. Siedemnaście lat. Nie jestem jeszcze pełnoletnia, nie mam jeszcze tak silnej psychiki. Cierpię, jednak nie tak bardzo jak ona. Męczę się, lecz nie można w żaden sposób porównać tego do jej męczarni. Koszmarnie się boję, ale strach w jej oczach, był potężniejszy niż mój. Ten ból, który rozrywał jej serce. Ta krew, która zostawiła ślad na czystej ziemi. Nasza przyjaźń, która odeszła w zapomnienie. Szybko oddycham, nerwowo przełykając ślinę. Łkam. Duszę w sobie emocję. Teraz już płaczę, rozpaczam, nad tym co się stało. Cicho, by nikt nie wiedział o moim cierpieniu. Kręcę smutno głową, wspominam. Siedzę przy małej szybie na starym strychu. Powoli odgarniam pajęczyny sprzed mojej twarzy. Zgarniam kurz z małego okienka. Nie jestem silna, nie jestem także słaba. Nie mam zamiaru się poddać. Na pewno mój tata, by tego nie zrobił. Walczę dalej ze swoim sumieniem. Jednak nie zapomnę jej słabego ciała, przebitego i porzuconego. Oczu, które wołały o pomoc. Już nigdy nie zobaczę jej roześmianej twarzy. Nie usłyszę jej głosu. Nie mogę pogodzić się z tą myślą. Uspokajam umysł, lecz nie jestem w stanie serca. Wyrywa się z klatki piersiowej, boli. Rzewne łzy leją się po moim policzku. Nie mogę sobie przypomnieć jak to się działo. Choć wolę zapomnieć, próbuję odnaleźć te myśl. Tak jakby, przepadła w płaczu. Nerwowo wytężam umysł. Pamiętam, pamiętam jak to było. Jak to się stało. Jak rozpadałam się z rozpaczy za nią.
 

 
Hejka, krótki wstęp
Na moim blogu będę pisać książkę, która mam nadzieje się wam spodoba. Bardzo liczę na wasze opinie. Reszty dowiecie się po drodze.
Jestem także na blogu pod adresem loff.pinger.pl
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (7) ›