• Wpisów: 12
  • Średnio co: 182 dni
  • Ostatni wpis: 6 lat temu, 09:58
  • Licznik odwiedzin: 3 048 / 2374 dni
 
kamciag2000
 
Czy ona mówiła poważnie? Szok jakim były te słowa, nie dawał mi spokoju. O co chodzi? Czemu nigdy wcześniej tego nie zauważyłam? Czym prędzej podbiegłam do Zoey.  Z lękliwym zafascynowaniem zaczęłam odwijać dywan. Zastanawiałam się, czy ona przypadkiem mnie nie nabiera?  Złociste promienie słońca, przedzierały się przez okno, oświecając coraz większe kawałki lakierowanej podłogi.  Moja dłoń delikatnie zwijała aksamitny materiał. Miałam wrażenie, że moje uczucia są mieszane. Do gardła podchodził mi strach, a w myślach krążyło podekscytowanie. Mała, kwadratowa klapa, błysnęła w moich tęczówkach. Moja klatka co chwilę się podnosiła, poczym z łomotem serca opadała. Zoey nie kłamała, tutaj jest jakieś przejście! Tylko, czemu ja nic o tym nie wiedziałam?! Może to tylko zwykła piwnica? Nie, to nie możliwe, mamy piwnice, ale na suficie nie ma żadnego przejścia, ani żadnych schodów z góry. To jeszcze bardziej pogłębiało moje zastanowienie. Jednak ciekawość i zafascynowanie boleśnie, ale kojąco miażdżyła strach. Lekko przejechałam opuszkami palców po niewielkim wieczku. O dziwo nie było w ogóle zakurzone. Jedynie smolisty kolor i monotonny smród, mógł sprawiać takie wrażenie. Czyli mama albo ktoś, musiał z niego korzystać. To tak irytujące, że nawet własna matka, ma przede mną jakieś tajemnice. Spojrzałam na Zoey, ze znakiem zapytania. Najwyraźniej próbowała powiedzieć „ na co jeszcze czekasz, otwórz”, ale szok i podekscytowanie, zamurował jej usta. Nie wahając się już ani chwilę, pociągnęłam za wieczko. Poczułam, jak zaciska mi się serce. Znów zaczęło kierować mną przerażenie. Groza znów próbowała wzbić swoje skrzydła ku górze. Język plątał mi się po wargach.
- Ty zajrzyj pierwsza Zoey – zadrżałam.
- Boisz się własnego domu? Pfff… daj spokój… twoja mama jest jakąś seryjną zabójczynią? – odparła z kpiną.
Spuściłam wzrok. Ufam mojej mamie. To jakieś szaleństwo! Nic z tego nie rozumiem. Czuję się jak w jakimś paradoksyjnym thrillerze. To musi być jakiś senny koszmar, no bo co innego? Zoey schyliła się powoli, by móc dosięgnąć wzrokiem dna.
- Widzisz coś? – pytałam z niecierpliwieniem.
- Tylko jakieś schody, dalej jest strasznie ciemno.
- Trzeba tam zejść – odparłam, poczym przybliżyłam się lekko do otworu, opierając się na jego drewnianych krańcach.
- Pójdę pierwsza – odrzekłam ze zdecydowaniem. Jakaś dziwna mantra kazała mi tam iść. Moje ręce świerzbiły, a ciało samo chodziło. Mój dom – moja rodzina – zero tajemnic. – Poczekaj chwilę, dam ci znać, kiedy będę już na dole.
Przymrużyłam brwi. O niczym nie myślałam, niczego nie czułam, niczego się nie lękałam. Ta niezrozumiała obojętność ciągała moją duszą, bawiła się nią jak zabawką. Lekko i zwinnie wślizgnęłam się przez przejście, poczym zeszłam po marmurowych schodach na sam dół. Nie docierało tu żadne światło, żaden blask, nawet najmniejszy promyk jasnego słońca. Powietrze przedzierał delikatny zapach krążącego popiołu. W tej ciszy słyszałam nawet swój oddech, bicie serca, własne kroki.
- Nigdzie nie mogę znaleźć żadnego włącznika. Jest zupełnie ciemno! – krzyknęłam do Zoey, krążąc rękami po zimnych ścianach. Wszystko było zrobione z marmuru. Narastająca wilgoć, przeszywała lodowato moje dłonie, dochodząc aż do kości. Odciskała na mnie bolesne piętno. Wypuściłam  z ust powietrze, ku mojemu zdumieniu, to miejsce mnie wcale nie odstraszało, moja dusza nie mieniła się lękiem. Trochę niepokoju gościło w moim sercu, lecz nie można go było nazwać przerażeniem. Każdy mógłby powiedzieć, że jestem wariatką, ale ja odczuwałam, nie wiadomo skąd, jakąś dziwną tęsknotę do tego miejsca. Choć nigdy oczywiście, bym się do tego nie przyznała. To było takie nagłe, targało moimi pogubionymi zmysłami. Wdycham wilgotne opary, są bolesne i nieprzewidywalne. Dławię się nimi. Czuje, jak przedzierają mi się przez płuca. Ich objętość narasta, zaciskają mi nozdrza. Zdaję się, że nie ma tu żadnej elektryczności. Co więc mama tu robiła?! Co ona przede mną ukrywa?! To wprost jakieś chore psychodelium. Tu jest potwornie ciemno, jak w jakiejś Azteckiej grocie, albo co najmniej pierwotnej jaskini. Westchnęłam ciężko – zdaję się, że ostatni płomień nadziei zgasł. Nic nie zdołało go podtrzymać.
Szłam coraz głębiej, wydawało mi się, że idę już jakieś dziesięć minut. Nie słyszałam już prawie głosów Zoey. Składały się z jakiś mamrotów i szmerów. Chciałam wrócić, lecz coś nie dawało mi spokoju, nie pozwalało mi odejść. Bezsensownie kręciłam się w kółko, myślałam już, że za chwilę skapituluję. Wydawało mi się, że to koniec, nie ma sensu na dalszą drogę. Zmęczenie zaczęło być natarczywe. Napierało. Jednak jakaś jasność, zdaję się, że małe światło nawoływało z daleka. Co to za miejsce?! Biegłam szybko i bez zastanowienia do celu. Teraz nic nie mogło mi przeszkodzić. Moje nogi coraz to bardziej stukały o marmurową podłogę. Światłość. Aż raziła moje odzwyczajone tęczówki. Byłam coraz bliżej, a ona coraz większa. Narastała, ugaszała ciemności. Zdaję się, że wylatywała z jakiegoś przedmiotu. Dziwne?! Co to za szopka?! Czy ja jestem w jakimś telewizyjnym show?! Te z pewnością nienaturalne  zjawisko zadziwiało mnie jeszcze bardziej. Stanęłam w miejscu. To jakaś księga. Niezrozumiałe zafascynowanie krążyło mi po głowie. Wahałam się. Czemu mama to przede mną ukrywała?! Jedna z rozkoszy, byłoby zobaczyć co w niej jest. Musiałam ją przeczytać, choćby obejrzeć. Może tam jest coś o mnie?! Jakaś ukryta prawda. Zdecydowałam, że ją otworzę. Rozsądek nie pozwalał,  lecz serce kusząco zachęcało  do działania. A ja zawsze słucham głosu serca. Zachłannie rzuciłam się na grubą księgę.  Była zrobiona z jakiejś zwierzęcej skóry. Jej tytuł był niezrozumiały, zdaję się, ze po Arabsku, albo innym dziwnym języku. Zaczęłam czytać pierwszy wers:
Istnieją dwa światy, świat ludzi i świat onyksów. Świat ludzi był światem dobrym, potocznie nazwanym „Ziemią”. Świat onyksów, światem złym, piekielnie przerażającym, nazwanym „Wrotami Potępieńców.” Oba światy nie znały prawdy o sobie, nie wiedziały o istnieniu drugiego, aż pewnego dnia, zachłanni onyksi wzgardzili swoją ziemią. Chcieli podbijać inne im nieznane. Od samego początku, bowiem wiedzieli, że nie są sami. Jeden dzień bez krwi jest, jak jeden dzień bez wody- potępione plemię morduję bezlitośnie siebie nawzajem, rozrywa ciała. Już od dziecka nauczeni są, by zabijać. Brat uśmierca brata. Każdy mord, każda krew daję im uciechę, chlubę. Wrodzona nienawiść sprawi, że umiera każdy po kolei, aż przychodzi kolei na ciebie. Nieustanny strach. Cierpienie. Ucieczki. Panika i coraz to większa żądza krwi własnego członka rodziny. Ich natura uważana jest za ludzką, jednak posiadają nadprzyrodzone zdolności do…
- Kate, twoja mama właśnie parkuję!!! Szybko!!! – darła się z przerażeniem Zoey, wyrywając mnie z zaczytania. Z łomotem serca zamknęłam księgę i wybiegłam na górę… Nic nie rozumiem.

Nie możesz dodać komentarza.

  Wyświetlanie: od najstarszego | od najnowszego