• Wpisów: 12
  • Średnio co: 178 dni
  • Ostatni wpis: 6 lat temu, 09:58
  • Licznik odwiedzin: 2 979 / 2323 dni
 
kamciag2000
 
Weszłam do szkoły, poczym jak zwykle podeszłam do szkolnej szafki. Wyjmując książki, usłyszałam dziwne głosy zza pleców.
- Kate, Kate!!! – krzyczała Zoey, gwałtownie mnie odwracając. – Wierzę ci – wysapała zdyszana. – Wierzę –wypowiadając te słowa, na jej twarzy pojawił się nieoczekiwany uśmiech.
- Super –  tylko to byłam wstanie, wydusić zszokowana. Nie pytałam o więcej. Nie musiałam. – A jak twoje eliminacje do drużyny sportowej? – przypomniałam sobie nagle.
- Było dosyć trudno, ale… teraz będzie co uczcić! Dostałam się! – odpowiedziawszy to, na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
- Serio?! Genialnie! – Mówiąc to, mocno przytuliłam Zoey. Przynajmniej ona ma jakąś pasje. A ja nie mam zamiaru jej w tym przeszkadzać, co najmniej będę ją wspierać.
- A masz może jakieś plany na dziś? – spytała z nadzieją Zoey.
- Nie, skąd…
W jej oczach pojawiły się małe iskry.
- To może bym do ciebie wpadła, i przy okazji coś wykombinujemy razem z tą dziwną księg…
- Hej, Kate! – wyrwała nagle Clove. Clove to jedna z tych tak zwanych „ ekologicznych dziewczyn” – znaczy, że ubóstwia ochronę środowiska, co jest zdziebłko dziwaczne. Ma krótkie czarne włosy i perłowo – zielone oczy. – Masz jakieś plany na dziś?
- Ja… ja… - jąkałam nie wiedząc co powiedzieć. Zresztą po minie Zoey też można było się domyśleć, że Clove nie wybrała sobie dobrego momentu. Stała wbita w ziemię, a na jej twarzy malował się wyraz wzburzenia, wyrwania z równowagi. To był jej czas. Wykrzywiła usta i z pogardą w oczach spoglądała co chwilę na mnie, co na Clove.
- To fajnie – powiedziała Clove, choć wcale nie udzieliłam jej odpowiedzi. – Jadę dziś do wesołego miasteczka, no i tata kazał mi zabrać jakąś koleżankę żebym się nie nudziła, więc… Będziemy po ciebie około godziny szóstej – to mówiąc uśmiechnęła się szelmowsko i posłała Zoey złowrogie spojrzenie. Jak ona może?! Nigdzie z nią nie jadę, a szczególnie do takiej wiochy dla siedmiolatków, jak wesołe miasteczko! Mam tego dość! Nie będzie za mnie podejmować decyzji. Nie będę się z nią upokarzać na jakiejś kolejeczce, tylko dlatego, że nie chce być sama. Spojrzałam na Zoey – nic nie odpowiedziała, a jednocześnie dusiła w sobie nagły śmiech z tej sytuacji.
- Zoey
Zmarszczyłam brwi. Jednak za nim, jeszcze cokolwiek zdążyłyśmy do siebie powiedzieć zadzwonił dzwonek. Rozstaliśmy się krótkim pożegnaniem i ruszyłyśmy do swoich klas. Po drodze napotkałam się, jednak na kogoś na kogo nikt nie chciałby się napotkać – a mianowicie Carmen.
- Co tam sieroto, Niall nadal ci się podoba?! – Wymawiając te słowa zaśmiała się cierpko.
Rozejrzałam się dookoła, czy przypadkiem nigdzie nie stoi.
- Lepiej uważaj… - dodała oschle. – Jeśli jeszcze raz zobaczę, jak się na ciebie popatrzy albo będziecie razem, będziesz miała nieźle przechlapane w tej szkole. To będzie twój nieszczęśliwy koniec Kate… słyszysz?! Trzymaj się od niego z daleka!
Zarzuciła włosami, poczym oddaliła się ze swoim klubikiem „wielbicielek”. Pfff… Już się ciebie nie boję Carmen… no dobra, może troszkę, ale nie potrzebuję żeby wielbiła mnie cała szkoła. Wystarczy mi tylko Zoey i Niall. Chyba pomyliłaś adresy… spadaj! Przypomniałam sobie księgę. Jeśli ona nie kłamie Carmen z pewnością byłaby takim „onyksem”. Z niechęcią weszłam do klasy. Carmen, jak zwykle próbuje rozwiać wszystkie złudzenia. Wzbudzić we mnie lęk, przed jej postacią. Przełknęłam ślinę. Czuję dziwną bezradność co do Carmen, jednak nie zamierzam dać jej wygrać. Wokół jak zwykle krążył zatęchły zapach potu, ze zmieszanymi damskimi perfumami. Wciąż nie widzę Nialla. Podeszłam do grupki dziewczyn i zaczęłam udawać, że słucham, wkręcam się w rozmowę. Tymczasem gapiłam się w puste drzwi, czekając na Nialla. Skupiałam się, by wyczuć jego kroki, słodką osobowość, która aż promieniuję od jego osoby.  Przytakiwałam jednak głową za każdym razem, gdy powiedziała coś jakaś dziewczyna, choć w ogóle nie miałam pojęcia o co chodzi. Teraz moim jedynym marzeniem, tak silnym i nieposkromionym było go znów zobaczyć i z nim porozmawiać. Zrobić na złość Carmen, a jednocześnie się jej nie narażać. Cała zdezorientowana nie wypuszczałam z rąk ulotnej nadziei.
- Gdzie jesteś?! – mruczałam cicho pod nosem. Moje oczy zaczęły tracić swój wyraz. Jednak nic nie było jeszcze stracone. Do klasy właśnie ktoś się zbliżał. Słychać było czyjeś kroki. Podniosłam głowę. Jeszcze raz spojrzałam. Poczułam woń jego słodkich perfum. Był gdzieś w pobliżu. Poprawiłam fryzurę, poczym jeszcze raz ubranie. W drzwiach nie sposób było nie dojrzeć miodowo – złotej grzywki, przecinającej powietrze. Szafirowe oczy nadały moim dawny blask. Niall. Przeszedł mnie dreszcz. Czułam jak moje serce biję, wyrywa się ku Niallowi. Nie mogę powstrzymać uśmiechu. Zaczęłam się zbliżać w jego kierunku, sama nie wiem już co robię. Zdaję się, że chciałam powiedzieć:
- Cześć Niall.
Jego wzrok przeszedł na mnie, a słodki uśmieszek zawitał na jego twarzy.
- Hej, wiesz gdzie jest pan Tomson… Miał być  tu minutę temu, a ja chciałem z nim obgadać ważną sprawę – odpowiedziawszy, przymrużył brwi. Nie mogłam oderwać od niego wzroku. Był tak idealny, że z trudem dało skupić się na jego słowach. Niall uśmiechnął się pod nosem.
- Czemu się tak na mnie patrzysz? – spytał z pogodą ducha. Chwilowo wyrwałam się z jego hipnozy. Niezręczne uczucie przeszyło moje ciało.
- Ja… tylko… zazwyczaj patrzę się głęboko w oczy, osobom z którymi rozmawiam. Kwestia przyzwyczajenia – to mówiąc, odetchnęłam z ulgą. Jakoś wybrnęłam z tej sytuacji, choć zdaję się, że moje słowa nie były zbyt przemyślane, ale zawsze coś się dało. Niall przywołał mnie wzrokiem, poczym wciąż się uśmiechając dodał:
- Serio? Moim przyzwyczajeniem jest powiedzieć dziewczynie, że mi się podoba.
Zachichotałam cicho, poczym na chwilę spuściłam wzrok. Moje policzki stały się czerwone, rumiane, a oczy błyszczały. To była najmilsza rzecz jaką kiedykolwiek usłyszałam. Moje serce zaczęło szaleć, a umysł podpowiadał jedno słodkie słówko: „kocham cię Niall”.
- Jesteś zabawny – stwierdziłam z nieśmiałym uśmiechem cisnącym mi się na usta. Dołeczki w jego policzkach jeszcze bardziej się zagłębiały.
- A ty urocza.
Nie wierzę w to, co on właśnie powiedział. Co jego usta wymówiły z taką rozkoszą, że zaczęłam się rozpływać. Boże, czy ja wciąż śnię? Czuję się wniebowzięta, nasze oddechy, znów się łączą. Moje hormony buzują. Wnętrze daje silne znaki, uderza – mówi, że go kocha, tak mocno, że zapominam już o całym świecie, o wszystkim co straciłam i zyskałam. Chyba zaraz zemdleję, a najchętniej w jego objęciach. Zmysły wciąż delektują się tymi słowami. Nasze ręce powoli, ale skutecznie próbują się złączyć. Już prawie, jeszcze tylko trochę, by się zetknęły. Chwilowo zamykam oczy i zaciskam wargi. Już zaraz poczuję jego słodki dotyk… Gdy do klasy wszedł, szybkim krokiem roztargniony pan Tomson, co chwilę spoglądając z niecierpliwieniem na zegarek.
- Siadać proszę!
Wszyscy natychmiast się rozbiegli i czym prędzej usadowili się w ławkach. Z niechęcią oddaliłam się od Nialla. Nauczyciel usiadł przy biurku, a jego oczy aż kipiały, cały pulsował. Usiadłam na krześle, poczym rozejrzałam się po klasie – brakowało trzech osób… Nagle drzwi gwałtownie się otworzyły, przerywając mi domysły. Do klasy wbiegła Carmen razem ze swoim klubikiem „wielbicielek” – duży błąd. Pan Tomson prawie wybuchł, jego twarz aż cała nabrała czerwonego koloru – nie znosi spóźnialskich. Szczególnie, że sam, nawet nie był na czas i lekcja będzie miała opóźnienie. Jego oczy zabijały, sycząc ze złości. Był tak wściekły, że pewnie najchętniej powstawiałby każdemu pałę, bez wyjątków. Zdaję się, że zaraz zapyta się, gdzie były, a Carmen, jak zwykle wywinie się gadką o  nagłym wypadku albo lekarzu. Choć wiadomo, że ten czas przekiblowała w łazience, nakładając tonę make- upu. Nie mogę uwierzyć w głupotę tych nauczycieli, jak oni mogą być tak naiwni. Jego włosy, aż się zjeżyły.  Usta wygięły w odwróconą podkówkę. Nozdrza nerwowo wdychały zatęchłe powietrze. W jednej chwili zapadła niezręczna i rzadka cisza, którą po jakimś czasie przerwał pan Tomson.
- Czy można wiedzieć… gdzie to się panienki podziewały!!!? – wybuchnął, krzyknął tak przeraźliwie głośno, że zdaję się sąsiednia klasa z ścianą, chwilowo przerwała lekcję. W sumie, niech Carmen ma za swoje. Odwróciła wzrok na jedną z dziewczyn, a mianowicie Lily Loop – najgłupszą laskę, jaką w życiu widziałam i mrugnęła z nieprzyzwoitym uśmieszkiem. Ta przekazała to do Sindy – rozpieszczonej do granic możliwości, choć nie wiem, czy w ogóle zrozumiała o co im tam chodziło, pewnie po prostu będzie podlegać dyktatowi Carmen.
- Lily zdarzył się mały wypadek i poszłyśmy z nią do pielęgniarki.
Zmieszana Lily udawała, że wszystko jest tak, jak oczywiście mówi Carmen.
- No dobrze, a nie mogła pójść sama?! Zdaje mi się, że jesteście już wystarczająco duże...
Po prostu nie wytrzymam, Carmen co lekcję ma podobny tekst. To tak idiotyczne, że oni wciąż się na to nabierają.
Nie… - wyrwała Carmen, zaciskając wargi. – Lily boi się pielęgniarek.
No gorszej głupoty, to już nie da się wymyślić. Z tylnych ławek, dało się usłyszeć ciche śmiechy i cierpkie chichoty. Jednak na lodowaty wzrok Carmen wszyscy zdrętwieli.
- Żeby mi to było ostatni raz… Słyszycie?! Już i tak minęło dwadzieścia minut lekcji, więc z przykrością muszę wam wpisać jedynki, bo niedoinformowaliście nauczyciela. Jasne?!
- Jak słońce… - burknęła pod nosem Carmen, gdy tylko pan Tomson się odwrócił, poczym naburmuszyła się, jak małe dziecko. Choć osobiście uważam, że nie za bardzo zależy jej na ocenach, raczej byle, by zdać.
- Proszę zająć miejsca – nakazał im krótko pan Tomson. – Zaczynamy lekcję.
W obecności Carmen, trochę bałam się spojrzeć na Nialla, lecz czułam jego wzrok. Sama myśl o nim była rozkoszą. Uznałam, że będę się spotykać z Niallem z daleka od Carmen.
***
Po dzwonku na lekcję, szybkim krokiem wróciłam do domu. Ten dzień był jednym z najlepszych w moim życiu. Jego słowa, wciąż krążące w mojej pamięci, kojąco działały na rozwiane nerwy. Już chciałam położyć się na łóżku i  zacząć rozmyślać, marzyć… gdy tak zwana „rzeczywistość” nakazała mi wrócić do świata „żywych”. Wciąż nic nie wiem o tej księdze. Pisało, że mam mało czasu, ale na co?! A poza tym, podobno jadę dziś do wesołego miasteczka… tyle rzeczy w jednym dniu. To fizyczno – psychiczne wykończenie, a zresztą nikt nie ma prawa zmusić mnie do wyjazdu w tamto miejsce. Ja mam zamiar umówić się z Zoey i obgadać tą sprawę z księgą, bo przecież nie załatwimy tego w szkole. Wypuściłam z trudem powietrze.
- Kate, co chcesz na obiad?! – z dołu dobiegł lekko zachrypły głos mamy.
Walnęłam się o obszerne łóżko, poczym podłożyłam sobie pod głowę małą poduszkę.
- Wystarczy zwykły schabowy z ziemniakami – odpowiedziałam leżąc. Moja niewiedza i bezsilność co do tego wszystkiego wprost mnie dobijała. Kotłowanina myśli nie daje spokoju mojemu umysłowi. Te życie w ciągłej tajemnicy mnie męczy. Westchnęłam głęboko, dając ujście powietrzu. Zeszłam do kuchni, gdzie krzątała się mama. Blaty były starannie przetarte, a szafki wypolerowane. Mama miała dużo roboty na ten dzień. Zgubiłam wzrok, poczym spojrzałam na nią niepewnie – jej ręce były zapracowane, delikatnie drgały z przemęczenia. Twarz zmęczona, blada. Jakiś smutek w trząsł moim zapłakanym sercem. Oczy miała zamglone, a powieki ciężko opadały. Farba wyblakła, ukazując brązowe odrosty. Cała twarz, jej codzienny wyraz zapadł w ponurą chłodność. Zaczęłam żałować, że nie mogłam jej dzisiaj pomóc. Chyba nie za bardzo wypełniam obowiązek wzorowej córki, jednak dziś znowu muszę wyjść. Znowu zostawię ją z tym wszystkim samą. Ten widok powoli wypełniał mnie niepokojem. Moje oczy zaczynają się szklić, gdy widzą do jakiego stanu doprowadziłam mamę. Kłócę się sama z sobą, lecz wiem, że nie wykręcę się od wyjścia z Clove, choć to wcale nie było moim wyborem. Nie wiem czego ona  tak naprawdę ode mnie chce. Wzdycham, jeszcze raz, ale tym razem przez ramię spoglądam na bezradną mamę. Nie odzywam się ani słowa. Nie wiem co powiedzieć. Widzę, jak zbliża się do stołu, kładąc starannie przygotowany obiad dla mnie. To kolejny dzisiejszy wysiłek. Cicho podeszłam do posiłku, poczym zaczęłam w milczeniu pałaszować.
- Wychodzisz gdzieś dziś? – spytała mama, a na jednej ze strun zakręciła się mała, chwilowa nutka nadziei. Jednak na to, że nie wyjdę. Ale na pewno nie zapomnę, jak wciąż próbuję trzymać mnie w niewiedzy przed tym co jest w naszym domu, przed tym co pisze moje imię i wie co się ze mną dzieję. Czemu ona mi tego nie powie?! Zapomniała o tym?! Plącze się w jej słowach, moje serce odbiera to jako znak. Może dzisiaj mi chce to wyznać?
- Tak z Clove… - odpowiadam cicho, bo wiem, że zaraz mnie o coś zapyta, że będzie mieć jakieś wątpliwości.
- Z Clove? – dopytuje podejrzliwie, poczym z niedowierzaniem podnosi brwi. Wie, że coś jest nie tak. – Przecież ty jej nie lubisz…?
Przymrużyłam oczy, prosząc, aby nie chciała usłyszeć odpowiedzi.
- Ale… jednak… ona jest bardzo fajna… - zmyślam. Nie powiem jej przecież, że zostałam zmuszona do odwiedzenia wesołego miasteczka dla dzieci – to, by był kolejny kłopot i rzecz do wyjaśniania, a zdaję się, że już nie mam na to czasu. Mama zwiadowczo przeszyła mnie wzrokiem, poczym wróciła do swoich zajęć. Dźwięk, nagłego trąbienia, wywrócił mnie z równowagi. To ten moment, kiedy muszę jechać z Clove do wesołego miasteczka. Zaciskam wargi. Nie ma się co łudzić, to na pewno ona. Czy ona robi mi na złość, chyba nie ma powodu się mścić. Niby za co?! Odwracam głowę, lecz nie mam jak uciec. Czuję chłodny ucisk palców Clove na naszym dzwonku do drzwi. Mama podchodzi otworzyć, a ja szukam jakiegoś wyjścia z tej paranoi.
- Dzień dobry pani Jones, mam na imię Clove Jackson, czy jest może Kate? – zza przedsionka dobiegł, denerwujący głos Clove. Wzdrygam się. To krok do zadania mi bolesnego ciosu. Najpierw zagra, a potem dostanie brawa. Nikt się nie skapnie, że to była tylko przykrywka, by mnie wykończyć. Niech ona w końcu dorośnie! Nie wiem czy wyżywanie się na ludziach jest jedną z normalnych rzeczy. Czuję lodowaty powiew jej oddechu, zaraz po mnie przyjdzie, zamieni moje życie w piekło.
- Tak, zaraz ją zawołam.
Czuję na plecach zimny dreszcz, ona zaraz to zrobi… skaże mnie na męczarnie, o których nawet nie wie.
- Kate! Clove przyszła, pospiesz się!
Przełknęłam ślinę, poczym z trudem skierowałam się ku drzwiom, obok których stała Clove. Jej niewiarygodnie sztuczny uśmiech, wprawiał moje załamane sytuacją serce w zakłopotanie. Język wirował po podniebieniu, jakby odgarniał puchowy śnieg.
- Hej, Kate – zagadała żywiołowo. Jakby już zapomniała gdzie mnie wiezie, a przede wszystkim, że nie wyraziłam na to jakiejkolwiek zgody.
Wykrzywiłam usta, poczym boleśnie musiałam przerodzić to w uśmiech.
- Cześć.
Ubierałam satynowe trampki, spoglądając to na buty, to na mamę. Tylko nie na Clove.
Wpakowałyśmy się do jej obszernego samochodu, w którym od razu zaczął panować wesoły nastrój. Muzyka puszczona na ful, wyrywała mnie z rozmyśleń. Zdaję, że mieliśmy się jakoś, no nie wiem… bawić, ale chyba nie wszyscy byli zadowoleni… A szczególnie, że wiadomo było dokąd jedziemy, tam nawet mój cioteczny brat Manny, który ma osiem lat, powiedział, że to już zbyt dziecinne. Wpatrywałam się małą samochodową szybę, wchłaniając tereny, które mijaliśmy. Nie słyszałam już co do mnie mówi Clove, i nie miałam ochoty słuchać. Krajobraz zaczął przyćmiewać głośność muzyki. Może i dobrze bym się teraz bawiła, ale z Zoey, nie z Clove, na pewno nie w takim miejscu. Zamknęłam oczy. Pochłaniam ten świat, tysiąc widoków na minutę, uciekających za prędkością samochodu. Moje życie nie jest życiem należącym do Clove. Opony z piskiem hamowały, zatrzymując się przy wesołym miasteczku. Zerknęłam na duży szyld, przy którym widniał napis: Zapraszamy do wesołka, tutaj każdego malucha czeka mnóstwo zabawy! Myślałam, że zaraz wypuszczę powietrze. W co ja się w pakowałam!? Spojrzałam na Clove, zdaję się, że nie była aż tak zawiedziona, wręcz przeciwnie. Czy ona to mi robi na złość!? Czy tu są jakieś kamery?! Wyszłam z samochodu, cała roztrzęsiona – chyba zapowiada się na najgorszy wieczór w moim życiu. Clove zaczęła się sympatycznie uśmiechać, a jej twarz nabrała szczęśliwego wyrazu, wręcz sztucznego. Nie mogłam patrzeć, jak upaja się atrakcją dla maluchów. Zmarszczyłam brwi. Poczułam świeży powiew wiatru, na mej bladej twarzy. Zaczęłyśmy zbliżać się do wejścia. To koszmar, który będzie śnić mi się w każdą noc. Czuję łzy swoich myśli. Niepewnie stąpałam po ziemi. Zaraz… już dostrzegam co tam jest… Mijamy właśnie próg wesołego miasteczka. Czuję jak zalewa mnie krew. Wokół szalały, rozbrykane pięciolatki. Zamurowana rozejrzałam się po placu… Błyszcząca karuzela, dajmy na to, miejąca 160 cm. Dookoła oplatał mnie zapach potu. Niedaleko stał malutki basen, po którym pływały łódki w kształcie disnejowskich bohaterów. Byłam kompletnie rozbita tym widokiem, jeszcze bardziej zgar szał i pogłębiał mój ponury nastrój. Czułam, że zaraz wybuchnę, moje serce płakało.
Nagle poczułam zimny dotyk Clove, która, jak najszybciej porwała mnie w kierunku karuzeli. Myślałam, że zaraz zwymiotuję. Clove zagłębiała swój uśmiech, pokazując białe zęby. Niczym bestia, próbująca zdobyć swój cel, wpakowała nas do małej karuzeli. Moje wnętrze krzyczało, ta forma „zabawy” po prostu mnie rozkładała. Kazała mi usiąść na jednym z plastikowych koni, a sama spoczęła na jakimś psie. Karuzela ruszyła. Wokół rozwydrzone dzieci skakały z zachwytu, natomiast mi nie było do śmiechu. Moje palce skubią słaby naskórek. Serce dudni, rwie otchłań w której się pogrążam. Do gardła podchodzi mi płacz. Zamknęłam oczy, myśląc o domu. Jak ja chcę tam wrócić. Nie chcę czuć tego piekła. Tak bardzo tego pragnęłam, że aż mój umysł zatracał się w tej myśli. Poczułam, jak karuzela staje albo ja jestem w innej rzeczywistości. Odetchnęłam z ulgą, jednak wciąż miałam zamknięte oczy. Chciałam zejść z konia, ale bolesny upadek po próbie zeskoczenia, zmusił do działania, musiałam uciec od Clove. Otworzyłam oczy, poczym jak oszalała odskoczyłam na bok, od tego widoku. Nie jestem w wesołym miasteczku, obok też nie ma Clove. Jestem w domu…. Ale, jak to możliwe?!

Nie możesz dodać komentarza.

  Wyświetlanie: od najstarszego | od najnowszego